czwartek, 31 marca 2011

Latte macchiato

  
To jedna z najładniejszych kaw... latte macchiato czyli splamione mleko – w naszym wypadku to mleko „ufajdane” kawą ;-)
Gdy we Florencji po raz pierwszy zamówiłam latte macchiato po obiedzie, to zostałam przez kelnera spiorunowana wzrokiem... ale młoda byłam (miałam wtedy 18 lat) i pojęcia nie miałam, że to kawa, którą Włosi pija rano, głównie do śniadania. U nas bywa różnie, ale na szczęście nikt nie zwraca uwagi, gdy ktoś zamawia latte popołudniu czy wieczorem.
Zrobienie latte macchiato wcale nie jest takie trudne, jak mi się kiedyś wydawało... Okazało się, że mój najzwyklejszy ekspres ciśnieniowy też się do tego nadaje... Nauczyłam się robić latte macchiato, które oboje z Zielonookim bardzo lubimy. Ostatnio moja sąsiadka też polubiła... bo w moim domu nie ma rozpuszczalnej kawy, a ona pija właśnie rozpuszczalną... A latte macchiato jest proste do przygotowania i wcale nie czasochłonne.  

Przy prawidłowym przygotowaniu otrzymuje się trzy warstwy: na dole mleko, po środku espresso, na górze pianka. Dzięki temu jest to jedna z najciekawiej wyglądających, lecz także jedna z najdroższych kaw - u nas kosztuje w kawiarni 7-9 zł... w domu koszt przygotowania takiej kawy około 1 zł.


Składniki na dwie kawy:
1 szklanka mleka (ja używam czasem 0,5 %, czasem 1,5 % a bywa, że i 2 % ale najszybciej ubija się 3,2 %)
filiżanka kawy espresso
½ łyżeczki cynamonu
cukier, jeśli ktoś słodzi
kakao albo czekolada do posypania 

Zaparzyć filiżankę kawy z ½ łyżeczki cynamonu (mieszam od razu cynamon z kawą, przez co otrzymuję aromatyczne espresso). Przelać do małego dzbanuszka (albo od razu w nim przygotować kawę).
Mleko rozlać do dwóch wysokich szklanek (używam zimnego mleka, bo gorąca para je podgrzewa w trakcie spieniania), dobrze spienić je końcówką spieniającą, a następnie delikatnie wlać kawę do szklanki z mlekiem. Najlepiej zrobić to po ściance szklanki, tak aby nie zniszczyć warstwy pianki na górze - świetnie sprawdza się dzbanuszek z dzióbkiem.  
Posypać odrobiną cynamonu, kakao albo wiórkami czekolady.
Zastanawiałam się, czy bez ekspresu ciśnieniowego przygotowanie latte też jest możliwe i doszłam do wniosku, że można do tego wykorzystać specjalny mały mikser do spieniania mleka (wtedy mleko powinno być gorące) i normalnie zaparzoną kawę bez fusów.... Efekt powinien być podobny, choć oczywiście smaku espresso nie da się zastąpić żadnym innym...

Z moich obserwacji:
Czasem warstwa ciemna wychodzi szersza, czasem cieńsza – im mocniejsze espresso tym warstwa kawy cieńsza i ciemniejsza i łatwiej ją zrobić.
Jeśli spieniamy mleko mikserem to trzeba je wcześniej podgrzać, bo mikser niestety nie ma takich właściwości jak ekspres i nie podgrzeje nam mleka tak jak para pod ciśnieniem


Muffinki cappuccino z bananami i groszkami czekoladowymi


To drugie babeczki które upiekłam na Święto Muffina. Pokombinowałam i wyszły bardzo aromatyczne i smaczne muffinki.
Przepis podstawowy na te muffinki zaczerpnęłam od pani Ewy Wachowicz. Często z niego korzystam zmieniając dodatki. Przepis jest bardzo prosty i bardzo szybki. Podaję go z moimi zmianami.


Składniki na 18 babeczek:

300 g mąki krupczatki
½ szklanki brązowego cukru
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
½ szklanki oleju
1 jajko
1 szklanka mleka
5 łyżeczek kawy rozpuszczalnej cappuccino
¼ szklanki wody
3 banany
½ szklanki groszków czekoladowych albo 50g ulubionej czekolady pokrojonej na małe kawałki

Kawę cappuccino rozpuścić w ¼ gorącej wody i ostudzić.
Mąkę przesiać do miski, dodać cukier, jajko, proszek do pieczenia, mleko, rozpuszczoną kawę. Wszystkie składniki ciasta zmiksować mikserem – nie za długo, ot do połączenia składników. Dodać olej, pokrojone w kostkę banany i groszki czekoladowe. Wymieszać. Tak przygotowaną masą napełniać foremki do muffinek do 2/3 wysokości.
Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec około15-20 minut w 180 stopniach do tzw. suchego patyczka. Można polać rozpuszczoną czekoladą, posypać cukrem pudrem czy polukrować... wszystko jest dozwolone ;-)

Ps. Całkiem niedawno odkryłam, że najsmaczniejsze i najbardziej puszyste muffinki wychodzą z mąki krupczatki. 


Muffinki z truskawkami na Światowy Dzień Muffina.

Wczoraj był Światowy Dzień Muffina... no to nie mogło i u mnie zabraknąć tych cudnych babeczek. Muffinki piekę namiętnie i zaraziłam tym moją Mamę. Śmiejemy się, że muffinki uzależniają. 
Co wtorek mój bratanek chodzi na dodatkowy angielski i co wtorek babcia piecze muffinki, które Młody zabiera na zajęcia dla kolegów i pana... Gdy razu pewnego Mama babeczek nie upiekła, bo czasu nie miała to pan od angielskiego mocno się zdziwił... Jak widać nie tylko pieczenie muffinków uzależnia, ale jedzenie też :-)
Ja upiekłam wczoraj dwa rodzaje babeczek – jedne z moimi ukochanymi truskawkami, drugie cappuccino z bananami i groszkami czekoladowymi. Teraz przepis na te z truskawkami... te drugie będą popołudniu, bo chwilowo nie mam więcej czasu na pisanie ;-)
 
Składniki na 12 - 16 pysznych muffinków:

2 szklanki mąki krupczatki
3/4 szklanki cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1/4 łyżeczki soli
2 jajka
pół szklanki oleju
1 szklanka mleka
1,5 szklanki pokrojonych truskawek

W jednym naczyniu połączyć suche składniki: mąkę, cukier, proszek, sodę, sól. W drugim składniki mokre: roztrzepać jajka, wlać mleko i olej. Mokre składniki wlać do suchych i lekko wymieszać, tylko do połączenia się składników. Dodać owoce i wymieszać.
Formę do muffinków wyłożyć papilotkami, wypełnić ciastem do wysokości 2/3 foremek
Piec około 20 - 25 minut w 180º C (góra - dół) do tzw. suchego patyczka.. Wyłożyć na kratkę do wystygnięcia, zdjąć papilotki i gotowe :-))
Można posypać cukrem pudrem, polukrować albo ozdobić bitą śmietaną czy kremem.



wtorek, 29 marca 2011

Łosoś z warzywami a'la Margarytka


Tego łososia wymyśliłam kilka lat temu i od czasu do czasu go powtarzam. Lubimy ryby, a filety z łososia są mało wymagające, smaczne, pieszczą podniebienie a do tego pięknie się prezentują na zdjęciach ;-) Tak więc dziś prosty łosoś z warzywami i szafranowym ryżem... godny królewskiego stołu, podobnie jak łosoś z pieprzem cytrynowym.


Składniki na 2 porcje:

2 kawałki fileta z łososia (po 125-150 g)
1 duża marchewka
½ pietruszki
2 łyżeczki masła (koniecznie masła, nie margaryny)
koperek
woreczek ryżu długoziarnistego
szczypta szafranu albo 2 łyżeczki curry
sól
pieprz cytrynowy
bazylia


Filety z łososia rozmrozić, marchewkę i pietruszkę obrać, pokroić w cienkie plasterki, a następnie w drobne paseczki (aby powstały takie około 2 cm długości cieniutkie słupki).
Przygotować dwa spore kawałki foli aluminiowej, ułożyć na niej marchewkę i pietruszkę, delikatnie posolić i popieprzyć. Na warzywa ułożyć łososia, którego również posolić, ale bardzo oszczędnie, bo sam w sobie jest dosyć słoną rybą i popieprzyć. Włożyć po kawałeczku masła (ok1 łyżeczki) z każdej strony, posypać koperkiem i bazylią.
Zamknąć folię najpierw łącząc ją z góry, a potem zawinąć brzegi, aby nic nam nie wyleciało.
Włożyć na blaszkę, albo do naczynia żaroodpornego i wstawić do dobrze nagrzanego piekarnika (180-200 º) i piec około 25 minut.
W tym czasie ugotować ryż w lekko osolonej wodzie z dodatkiem curry bądź szafranu.
Ugotowany ryż wyłożyć na dwa talerze, a na niego łososia z warzywami.
Kiedyś polewałam łososia jeszcze łyżką klarowanego gorącego masła... jeśli ktoś nie musi liczyć kalorii to polecam, bo smak jest obłędny.
Można podawać z surówką lub innymi warzywami, wg uznania... Ja proponuję świeże chrupiące warzywa... i wtedy mamy trójkąt doskonały :-)



Babka z białek

Często od ciasta kruchego czy drożdżowego zostają mi białka, wlewam je wtedy do pojemniczka na żywność i zamrażam. Gdy robię kolejne ciasto z żółtkami to białka dolewam do pojemniczka. Gdy uzbiera mi się już 7-8 białek piekę bezy albo tę babkę ... Ja osobiście lubię ją bardzo, na równi z babką karmelową, bo jest pyszna i długo zachowuje wilgoć.



Składniki na średnią formę do babki/ keksówkę 36 x 11,5 cm albo dwie małe foremki aluminiowe (takie jak do pasztetu):

400g mąki tortowej
7-8 białek
1 szklanka* cukru
250 g stopionego masła
¾ szklanki* ciepłego mleka
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
1 cukier waniliowy (ja daję domowy - 1 łyżkę)
otarta skórka z cytryny
sok z 1 cytryny

*szklanka ma 250 ml

Białka ubić na sztywną pianę (dodając szczyptę soli, aby ubiły się szybciej). Delikatnie wsypać cukier, cukier waniliowy i ubijać jeszcze 2-3 minuty. Wlać letnie, roztopione masło, mleko i powoli dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Dodać otartą skórkę cytrynową i sok. Dobrze połączyć składniki. Przelać do foremki z kominem, dużej keksówki albo do dwóch małych keksówek (takich jak do pasztetu).
Ja używam przeważnie dużej keksówki (36 x 11 cm) albo małych keksówek jednorazowych, które tak naprawdę wcale jednorazowe nie są, bo piekę w nich klika razy, a babka zachowuje wilgoć i nie wysycha tak jak w metalowych foremkach.
Wstawić do nagrzanego piekarnika, piec około 45 -60 minut w temperaturze 170 -180 stopni (góra - dół) do tzw. suchego patyczka.
Gdy babka ostygnie posypać cukrem pudrem albo polukrować.
Ps. Do babki można wsypać 1/2 szklanki suchego maku, albo bakalie. Ja osobiście lubię cytrynową, więc nic więcej do niej nie dodaję.

Ps. Podczas ostatniego pieczenia babki miałam w domu tylko 1 kostkę masła - 200 g i tyle dałam, babka wyszła bez problemów - puszysta i wilgotna.


niedziela, 27 marca 2011

Chińszczyzna na słodko – kwaśno wg Margarytki.


Zielonookiego nie ma, a ja wymyślam... Wyciągnęłam z lodówki filet z indyka i się nad nim zadumałam. Nie bardzo wiedziałam co z nim zrobić, bo nic specjalnie za mną ostatnio nie chodziło. W zamrażarce mam jeszcze sporo mrożonych warzyw... podumałam i wymyśliłam chińszczyznę po mojemu. Co prawda o chińskiej kuchni wielkiego pojęcia to ja nie mam, więc na wszelki wypadek wszystkich znawców przepraszam :-)
To jedno z tych dań, których nie umiem ugotować mało... więc wyszły mi jakieś 4 porcje. Ale nie mam zamiaru tego jeść przez tydzień, więc zostawiłam sobie porcję na jutro, a resztę włożyłam do pudełka i zamroziłam... będzie jak znalazł, gdy nie będę miała czasu na gotowanie.
Po raz kolejny wykorzystałam moją "dziurawą" patelnię Dry Cooker. Do zalet, które już znałam dziś dodaję jeszcze jedną – wszystkie składniki pozostają jędrne i się nie rozłażą, co czasem zdarzało mi się podczas gotowania w zwykłym rondlu.
I z pewnością kolejne garnki ceramiczne Delimano będą się pojawiać w mojej kuchni, bo kilka tygodni używania "dziurawej" patelni pokazało mi, że są świetne, choć cały zestaw kosztuje sporo.


Składniki na 4 porcje

400 g mięsa z indyka (ja miałam filet)
2 kolorowe duże papryki (dałam mrożoną – ok 2 szklanek pokrojonej)
½ szklanki pokrojonej marchewki
½ szklanki mrożonego zielonego groszku
1 szklanka mrożonej mieszanki chińskiej
½ świeżego ananasa (może być z puszki, choć świeży jest o niebo smaczniejszy)
2-3 grzyby mun
2 łyżki pikantnego sosu słodko – kwaśnego (dałam tao-tao, bo taki mam w lodówce)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soku z cytryny
1 łyżka mąki kukurydzianej*
sól, pieprz, chili
1 łyżeczka oleju

Mięso pokroić w kostkę, dodać sos sojowy, pieprz, chili. Wymieszać, przykryć folią spożywczą i odstawić na pół godziny do lodówki. Grzyby mun namoczyć w ciepłej wodzie (nie we wrzątku). W tym czasie przygotować warzywa. Marchewkę, paprykę, ananasa obrać i pokroić - marchewkę w mniejszą kostkę, paprykę i ananasa w większe kawałki. Grzyby odcedzić i pokroić na mniejsze kawałki.
W rondlu rozgrzać 1 łyżeczkę oleju, wrzucić zamarynowane mięso i podsmażyć. Dodać marchewkę i groszek, podlać niewielką ilością wody i dusić 3 – 4 minuty. Następnie dodać mieszankę chińską, pokrojone grzyby i paprykę. Wsypać odrobinę soli, pieprzu, chili i dusić około 10 minut. Wrzucić pokrojonego ananasa, dodać 2 łyżki sosu słodko – kwaśnego, 1 łyżeczkę soku z cytryny i 1 łyżeczkę cukru. Jeśli trzeba to podlać jeszcze wodą i dusić kolejne 10 minut.  
Mąkę roztrzepać w niewielkiej ilości zimnej wody i wlać do rondla. Zagotować, spróbować i ewentualnie doprawić pieprzem.
Podawać z ryżem ugotowanym na sypko.


* Lekka całkiem niedawno mnie oświeciła, że mąka kukurydziana zagęszcza dużo mocniej niż zwykła, więc używa się jej znacznie mniej. Wypróbowałam i tego się będę od tej pory trzymać.

I oczywiście cały czas zapraszam do wiosennego KONKURSU 

"Weranda pełna słońca" i szarlotka babci Walerii.


- Wiesz Zielonooki, dostałam od wydawnictwa książki, muszę upiec ciasto zgody, napisać przepis i zorganizować konkurs na blogu.
-  To możesz pokłócić się ze mną i upiec mi na zgodę szarlotkę.
- Ale wiesz, że ja kłócić się nie lubię, nie mogę upiec bez kłótni?
- A to się będzie liczyć?


Moja Babcia była mistrzynią w kuchni, potrafiła wyczarować wspaniałe potrawy i desery. Korzystała z przedwojennej niemieckiej książki kucharskiej ale nie ograniczała się do jej zawartości. Była moją nauczycielką i żałuję, że tak szybko odeszła i wielu przepisów mi nie przekazała. Moja Mama do dziś wspomina wspaniałą babkę orzechową, której niestety ani ona ani jej siostra upiec nie potrafią. Ale jest wiele rzeczy, które umiem właśnie dzięki Babci... i jedną z nich jest szarlotka, prosta i smaczna - dla mnie najlepsza na świecie. Przepis babci lekko zmodyfikowałam i wychodzi naprawdę niezłe ciacho.
A dlaczego dziś szarlotka? Od szarlotki rozpoczęłam pisanie starego bloga... szarlotka była pierwszym ciastem, które jadł u mnie mój Zielonooki Połówek... i szarlotka jest dla mnie ciastem zgody... gorąca szarlotka i zimne lody są doskonałym pomysłem na przeprosiny...

Ciasto można upiec w dużej, klasycznej blaszce (tak robię najczęściej), albo w tortownicy o średnicy 27-30 cm, wtedy będzie wyższe... i tak uczyniłam wczoraj (dałam połowę ciasta i całą masę jabłkową)


Ciasto:
400 g mąki tortowej
200 g cukru pudru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki cukru waniliowego
2 całe jajka
2 żółtka
200 g miękkiego masła
opcjonalnie: 2 łyżki śmietany

Wszystkie składniki ciasta zagnieść razem, podzielić na dwie części (w proporcji 2/3 i 1/3) – mniejszą zamrozić, a większą wykleić blachę wysmarowaną masłem i wysypaną bułką tartą. Na wyklejone ciasto rozsypać łyżkę bułki tartej (żeby wciągnęła ewentualny sok i nie zrobił się zakalec).
Jeśli jajka są duże i dodajemy śmietanę to trzeba dosypać 2-3 kopiaste łyżki mąki, aby ciasto się nie maśliło.

Jabłka:
2 kg kwaskowatych jabłek
cukier (½ szklanki – 1 szklanki, w zależności od tego jak słodkie są jabłka, ja przeważnie daję dwie kopiaste łyżki, bo nie lubię jak jest za słodko)
1 łyżka cynamonu
2 łyżki bułki tartej

Jabłka obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Jeśli jabłka mają dużo soku to dobrze jest go odlać, a cukier i cynamon dodawać można wg uznania, ja próbuję i jak coś mi nie pasuje to dosypuję.

Jabłka wyłożyć na ciasto, a na górę zetrzeć resztę zamrożonego ciasta (gdy nie mamy czasu na mrożenie to po prostu poskubać kawałki ciasta na jabłka – często mi się to zdarza, gdy się spieszę)
Piec około 40 minut w temp 190 - 200 stopni (ja piekę w termoobiegu na 175 stopni z dolną grzałką).
Jak przestygnie posypać cukrem pudrem.
Podawać z lodami waniliowymi (to moja opcja) lub bitą śmietaną (opcja mojej mamy).


A teraz czas na wspomniany konkurs...
„Weranda pełna słońca” napisana przez Juliette Fay to jedna z tych książek od których trudno było mi się oderwać... przeczytałam ją w dwa wieczory. Dostarczyła mi wielu wzruszeń i zmusiła do kilku przemyśleń.
Niby zwykła książka opowiadająca o śmierci, o radzeniu sobie z bólem, o przyjaźni, miłości i wsparciu jakie dostajemy od innych... a jednak niezwykła, bo bardzo mądra, nieprzerysowana, prawdziwa....
Ale nie będę zdradzała treści. Mam do rozdania dwa egzemplarze książki i uczynię to z przyjemnością. A będzie to miało formę konkursu.
Wystarczy upiec swoje ulubione ciasto, które może być takim ciastem zgody, ciastem na przeprosiny, na poprawę nastroju... potem zrobić zdjęcie i wraz z przepisem wrzucić na Kulinarne Szaleństwa Margarytki na Facebooku... a jeśli ktoś nie korzysta z Facebooka to może wysłać na maila: margarytka75@vp.pl
Książki trafią do dwóch wybranych osób. 
W konkursie wezmą udział wszystkie ciasta, które zostaną dodane na Facebooku (albo trafią do mnie mailem) do 3 kwietnia 2011 r do godziny 15.00.  
Mam nadzieję, że w niedziele nie okaże się, że nie mam komu tych książek podarować :-))


sobota, 26 marca 2011

Byle do lata... jagodzianki.


Zima wróciła. Rano, około 5.30 jakiś pies obudził mnie szczekaniem (i tak szczekał do 6.20). Wyjrzałam przez okno, żeby zobaczyć co za jeden i zobaczyłam... trawniki pokryte śniegiem i psa z obrożą. Nie wiem czyj on, ale się dowiem i właściciel usłyszy co o nim myślę, bo przecież sam pies niczemu winny nie jest. Do późnej nocy czytałam, miałam nadzieje pospać choć do 7.00. No to pospałam. ale skoro już się wybudziłam to wstałam, zaparzyłam kawę i upiekłam chleb.
A dla przywołania wiosny proponuję jagodzianki - pachnące latem i słońcem.
Do lata jeszcze trochę czasu,  o świeżych jagodach można pomarzyć, ale w końcu mam jeszcze piwnicę, a w niej słoiczki z tymi cudownymi czarnymi kulkami. Jagody zasypane cukrem i zagotowane idealnie nadają się do jagodzianek, nie trzeba ich już dosładzać, wystarczy łyżka mąki ziemniaczanej, aby się nie rozłaziły. Warto też pamiętać, że składniki na ciasto drożdżowe nie powinny być zimne, dlatego jajka i mleko należy z lodówki wyjąć jakieś dwie godziny wcześniej.
Ciasto robi się lekko, łatwo i przyjemnie,  jedynie oczekiwanie się dłuży, ale niestety dobre ciasto drożdżowe potrzebuje czasu, tu się niczego nie przyśpieszy.
Z tego ciasta można upiec też bułeczki nadziewane malinami, brzoskwiniami czy truskawkami,  ale z jagodami smakują najlepiej. Przepis na te jagodzianki był już na starym blogu i cieszył się dużym powodzeniem. Pierwszy raz upiekłam je kilka lat temu, a przepis pochodzi z zeszytu, czyli od kogoś  go dostałam (nie wiem jednak od kogo, bo wtedy jeszcze tego nie notowałam).


Składniki na 16 sztuk:

500 g mąki pszennej (luksusowej, tortowej albo wrocławskiej)
30 g świeżych drożdży
1/2 łyżeczki soli
1 szklanka* mleka 
1 jajko
1/4 szklanki* oleju słonecznikowego albo roztopionego masła
1/2 szklanki* cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego

Jagodowy farsz:
300 g jagód świeżych albo mrożonych (albo dwa słoiczki zasypanych cukrem)
3 łyżki cukru (do tych ze słoiczka cukru już nie dajemy)
1 łyżka mąki ziemniaczanej

Lukier:
cukier puder
2 łyżeczki soku z cytryny
ciepła woda

*Zawsze używam szklanki o pojemności 250 ml.

Wszystkie składniki na farsz wymieszać i odstawić.

Z drożdży, 3 łyżek ciepłego mleka, 1 łyżki cukru i 1 łyżki mąki przygotować zaczyn i odstawić go do wyrośnięcia (jakieś 10 minut).
Mąkę przesiać do miski. Dodać sól, wyrośnięty zaczyn i wymieszać. Następnie wlać mleko, wbić jajko i dokładnie wymieszać. Dodać olej (roztopione masło), cukier i zagnieść miękkie, plastyczne ciasto. Zostawić je na godzinę do wyrośnięcia (powinno podwoić swoją objętość)
Po wyrośnięciu jeszcze raz ciasto krótko wyrobić i podzielić na 16 części. Zostawić na kilka minut do napuszenia. Z każdej części zrobić dłonią okrągły placek i na jego środku umieścić łyżkę jagód. Połączyć brzegi, uformować owalną bułeczkę i ułożyć na posmarowanej tłuszczem i wysypanej mąką blaszce łączeniem w dół. Zostawić na około 20 minut do ponownego wyrośnięcia.
Nagrzać piekarnik do 180 – 200 stopni i do gorącego wstawiać wyrośnięte jagodzianki

Piec około 15 minut w temperaturze 200 stopni C. Po upieczeniu przełożyć na kratkę, zostawić do wystygnięcia.


Przygotować lukier: do miseczki wsypać cukier puder, wlać sok z cytryny i 2-3 łyżki ciepłej wody. Utrzeć na gładką masę. Lukier powinien być dosyć gęsty, aby nie spływał z jagodzianek. Polukrować bułeczki (bardzo dobrze sprawdza się tu silikonowy pędzel)... i już można jeść...


środa, 23 marca 2011

Zupa kalafiorowa z mięsnymi kulkami


Zupa kalafiorowa przywołuje smaki dzieciństwa i wspólne gotowanie z babcią, która była moją pierwszą nauczycielką gotowania. Ta zupa była zawsze jedną z moich ulubionych i pewnie dlatego szybko nauczyłam się ją robić... Nie jest to taka typowa zupa kalafiorowa, ale warto spróbować bo naprawdę jest pyszna. Nie dodaje się do niej ziemniaków, za to zagęszcza kaszką manną. Dziwne? Może i dziwne, ale jakie smaczne :-))
Niestety Zielonooki nie jada kalafiorów (to znaczy jada ale tylko smażone w panierce), więc tę zupę gotuję tylko dla siebie, bo ja dla odmiany za kalafiorem przepadam.
Wczoraj drogą kupna nabyłam pięknego niedużego kalafiora... połowę ugotowałam i zjadłam w ramach obiadu, a druga połowa została na zupę. Ugotowałam ją z połowy składników... bo przez 4 dni nie mam zamiaru jeść tego samego, a gości się nie spodziewam :-))
Pulpeciki do zupy można przygotować w tradycyjny sposób gotując je w bulionie albo poszaleć i ugotować na parze. Odkąd zaczęłam gotować pulpety w parowarze to poznałam ich prawdziwy smak i żadne inne już mi tak nie smakują.
 

Składniki na 4 porcje

1,5 litra bulionu (może być np. rosół z poprzedniego dnia, albo wywar z warzyw)
1 duża marchew
1 mała pietruszka
½ selera
1 mała cebula
kawałek (ok 1 cm) świeżego imbiru
mały kalafior albo mrożonka 500 g
2 płaskie łyżki kaszy manny
sól, pieprz
1 płaska łyżeczka cukru
½ łyżeczki soku z cytryny
1 łyżka słodkiej śmietany do zup (u mnie 12%)


200 dag mielonego mięsa
½ kajzerki
½ szklanki mleka
1 jajko
½ łyżeczki soli
1 łyżka kaszy manny
1 łyżka bułki tartej
pieprz
majeranek
bulion albo 1 kostka rosołowa drobiowa


Marchew, pietruszkę, seler, imbir obrać i zetrzeć na tarce jarzynowej (imbir na drobniejszej, pozostałe warzywa na grubszej). Kalafiora podzielić na różyczki. Cebulę obrać, pokroić w drobną kostkę. Bulion zagotować, wrzucić cebulkę i starte warzywa. Zagotować i dodać kalafior. Wszystko razem gotować ok 20 minut na wolnym ogniu.
Pod koniec gotowania (gdy warzywa będą już miękkie) dodać kaszę mannę i gotować jeszcze 3 minuty. Doprawić solą, pieprzem, sokiem z cytryny i cukrem. A na końcu dodać 1 łyżkę słodkiej śmietany.

Kajzerkę namoczyć w mleku. Gdy zmięknie odcisnąć i dodać do zmielonego mięsa. Wsypać bułkę, kaszę, przyprawy, dodać jajko i wyrobić na gładką masę. Z masy zrobić kulki wielkości orzecha włoskiego. Tak przygotowane mięsne kuleczki ugotować w bulionie albo na parze.

Na talerz włożyć kilka mięsnych kulek i wlać zupę. Można posypać koperkiem albo natką pietruszki ale ja do kalafiorowej nie daję nic, żeby czuć intensywniej smak kalafiora.

poniedziałek, 21 marca 2011

Wspomnienie po ubzdryngolonym kurczaku czyli zapiekanka resztówka


Nie zwykłam marnować ani wyrzucać jedzenia. Po sobotnim obiedzie zostało mi trochę kurczaka, ziemniaków i marchewki z groszkiem. Gdy gotuję dla nas dwojga to przeważnie udaje mi się ugotować tyle, że zjemy. Ale przy kurczaku na butelce i goszczeniu kogoś na obiedzie zawsze „przedobrzę”, bo nie chcę, aby zabrakło. Tak było i tym razem, wszystkiego zostało po trochu, dogotowałam więc kilka różyczek brokuła i na niedzielę zrobiłam zapiekankę resztówkę. Wyszła po królewsku i była pyszna. Takie zapiekanki mają to co siebie, że trudno je powtórzyć, więc postanowiłam zapisać... i pewnie kiedyś skorzystam.  
Do takich dań fajnie sprawdzają się pojedyncze naczynia do zapiekania – wtedy taka porcja wygląda apetycznie i nic się nie rozpada przy nakładaniu... do zdjęć są idealne, bo jednak zapiekanka nałożona na talerz już się tak pięknie nie prezentuje. A wiadomo – najpierw jemy oczami i nosem... a dopiero później zmysł smaku zaznacza swoją obecność. Jeszcze się takich foremek nie dorobiłam, ale kuchnia nijak nie chce mi się powiększyć, a ja już nie mam gdzie tych naczyń upychać.


Składniki na 2 duże albo 3 mniejsze porcje.

300 g upieczonego kurczaka (bez skóry)
3 – 4 ugotowane ziemniaki
200 g brokuła ugotowanego na pół twardo
4 łyżki ugotowanej marchewki z groszkiem
1 jajko
100 ml śmietany 12 %
100 g żółtego, drobno startego sera (dałam ok 70 g)
pieprz, chili
gałka muszkatołowa, zioła prowansalskie

Ziemniaki i kurczaka pokroić w kostkę, wrzucić do dużej miski, dodać marchewkę z groszkiem. Brokuły podzielić na mniejsze część i dodać do ziemniaków. Wszystko razem wymieszać.
Naczynie żaroodporne posmarować masłem, przełożyć do niego warzywa z kurczakiem.
Jajko rozkłócić w miseczce, wlać śmietanę, dodać szczyptę gałki muszkatołowej, odrobinę chili i pieprzu, 1 łyżeczkę ziół prowansalskich i dobrze wymieszać.
Warzywa polać mieszaniną jajka, śmietany i ziół, posypać żółtym serem, wstawić bez przykrycia do podgrzanego piekarnika. Piec w temperaturze 200 stopni przez około 30 minut – aż ser się rozpuści i lekko przypiecze.


Sycące, zdrowe i pyszne... warte grzechu :-)


niedziela, 20 marca 2011

Kurczak na bani

Co było wczoraj na obiad? No kurczak, a cóż by innego Ale w trochę innej odsłonie... bo na lekkiej bani... choć ja nie wiem, czy na takiej lekkiej, bo jak próbowałam go obrócić to się skubany obalił i musiałam wołać na ratunek Połówka i ścierkę do podłogi Wygląda na to, że ptak nawalił się jak Messerschmitt... ale był pyszny i w tej materii nie ma żadnych wątpliwości.
No to w końcu co było na obiad? No kurczak... upieczony na butelce z piwem, ale nie byle jakim piwem, bo miodowym ciemnym.
Wczoraj Połówek i mój Tata walczyli z wanną, a właściwie odpływem i zrobili niezłą zadymę... więc musiałam ich nakarmić czymś smacznym... i tak też się stało.
Kurczak upieczony w ten sposób jest smaczny, aromatyczny, mocno odtłuszczony, bo tłuszcz z niego spływa do naczynia, w którym się piecze. Skórka robi się cienka jak pergamin i jest pysznie chrupiąca.


Składniki
1 kurczak (mój ważył całe 1400g)
1 butelka 0,5 l ciemnego piwa miodowego
2 łyżki oleju
2 łyżki wody
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka pieprzu
2 łyżeczki słodkiej papryki
½ łyżeczki chili
1 łyżeczka sosu piri – piri
opcjonalnie: majeranek, tymianek – ja tym razem nie dawałam

Kurczaka umyć, dobrze wyczyścić w środku, odciąć szyjkę, osuszyć papierowym ręcznikiem.
W miseczce przygotować marynatę: olej wymieszać z wodą, dodać sos piri-piri, sól, pieprz, paprykę, chili i jeśli mamy ochotę to majeranek czy tymianek. Tak przygotowaną marynatą natrzeć kurczaka z zewnątrz i wewnątrz. Z majerankiem i tymiankiem trzeba uważać, bo lubi się przypalać – gdy mamy piwo korzenne albo miodowe przypalanie ziół jest jeszcze bardziej prawdopodobne, więc ja z tych dodatków tym razem zrezygnowałam.


Natartego kurczaka przykryć folią spożywczą i wstawić na noc do lodówki, żeby przeszedł przyprawami.
Butelkę z piwem (zamkniętą) włożyć na noc do wody, aby wszystkie naklejki ładnie zeszły – potem taką butelkę można sobie zostawić, żeby następnym razem nie trzeba się męczyć z nalepkami i tylko przelewać do niej piwo.
Butelkę z piwem otworzyć, odlać ¾ szklanki, a do butelki z piwem dolać wody (powinna być pełna). Na butelkę wsadzić kurczaka (szyjka butelki powinna wyjść w miejscu, gdzie kiedyś kurczak posiadał głowę), nitką związać pałki (żeby się nie rozjeżdżały). 


Skrzydełka otulić niewielkimi kawałkami foli aluminiowej, bo one pieką się szybko i trzeba je ochronić przed spaleniem. Tak przygotowanego kurczaka wstawić do blaszki albo naczynia żaroodpornego (ja mam szklaną pokrywkę od jakiegoś naczynia, które kiedyś stłukłam i do takiego pieczenia nadaje się znakomicie), wlać trochę ciepłej wody a następnie wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni z termoobiegiem albo do 180 stopni bez termoobiegu. Długość pieczenia zależy od wagi naszego ptaka - przyjmuje się, że na każdy kilogram mięsa godzina pieczenia jest w sam raz. Ja piekłam ok 1,5 godziny.
W trakcie pieczenia polewać kurczaka piwem, które zostało wcześniej odlane ( ja polewałam  4 razy).  Folię aluminiową zdjąć ze skrzydełek mniej więcej pół godziny przed końcem pieczenia.

Ps. Gdy się wsypie do butelki szczyptę soli, to piwno się spieni i wypłynie na kurczaka. Trzeba tylko płyn w butelce uzupełnić i można czynność co jakiś czas powtórzyć - wtedy nie trzeba bawić się z polewaniem bo burzące się piwo samo to robi - od pewnego czasu tak właśnie robię i nie odlewam wcześniej piwa z butelki. 


Ziemniaki z koperkiem i marchewka z groszkiem okazały się świetnym dodatkiem... ale to oczywiście jest kwestią smaku...

czwartek, 17 marca 2011

Nocna piekarnia czyli plecione bułeczki

To już mój drugi przepis na nocne bułeczki. Ten przepis znalazłam na blogu Agneeś (a źródło przepisu jest TU - autorem jest Krystyna) i wypróbowałam...  Pierwszy raz upiekłam je ponad pół roku temu i od razu przepis przypadł mi do gustu. Nie robię ich zbyt często, ale z pewnością są godne uwagi :-)  
Bułeczki są pyszne, robi się je łatwo, lekko i całkiem przyjemnie. Przepis podaję za Agneeś, ale z własnymi komentarzami, wg mnie dosyć istotnymi. Jako doświadczony „garkotłuk” poradziłam sobie z niejasnościami, ale myślę, że pewne informacje są ważne dla osób mniej obytych z kuchnią.
Aby zjeść bułeczki na śniadanie należy zająć się ich przygotowaniem wieczorem dnia poprzedniego. Potrzeba na to kilkunastu minut i gotowe. Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. Jedynie mleko lekko podgrzewam, aby drożdże lepiej pracowały.



Składniki na 12 bułeczek

3 szklanki mąki pszennej luksusowej typ 550
1 łyżka skrobi ziemniaczanej
1 łyżeczka soli
1 łyżka cukru
40 g drożdży (dałam całą małą kostkę - 42g)
½ szklanki mleka
½ szklanki wody
1/3 szklanki oleju
1 jajko do posmarowania bułeczek
ziarna sezamu i mak do posypania



Wieczorem:
W dużym kubku rozkruszyć drożdże, dodać 1 łyżkę cukru, 1 łyżkę mąki i 2 łyżki ciepłego mleka. Odstawić zaczyn na około 5 - 10 minut, aż zacznie pracować i zwiększy swoją objętość.
Do miski przesiać mąkę pszenną i skrobię ziemniaczaną. Dodać sól, mleko, wodę, olej i wyrośnięty zaczyn. Wymieszać drewnianą łyżką do połączenia składników, a potem ręką wyrabiać ciasto przez około 5 minut. Miskę z ciastem przykryć ściereczką i odstawić na 5 minut w ciepłe miejsce (uważać, żeby ciasto nie stało w przeciągu). W międzyczasie przygotować sobie drugą dużą miskę*, wysmarować ją odrobiną oleju. Gdy ciasto odpocznie przez 5 minut ponownie wyrobić je ręką (3-4 minuty), przełożyć do miski wysmarowanej olejem, przykryć folią spożywczą i wstawić na całą noc do lodówki.
Rano:
Wyciągnąć wyrośnięte ciasto na blat (powinno podwoić albo i potroić swoją objętość). Podzielić na 12 części **. Z każdej części uformować długi cienki wałeczek (ok. 30 cm). Z wałeczka uformować bułeczki w następujący sposób: zrobić pętelkę z dziurką w środku, tak, aby pozostały dosyć długie końcówki, następnie końcówkę przeplecioną od dołu włożyć od góry do dziurki, a tę od góry przepleść od dołu, również do dziurki. Brzmi może skomplikowanie, ale jest naprawdę proste, wystarczy zrobić jedną bułeczkę :-)
Przygotowane bułeczki ułożyć na blaszce w odległości około  4 cm, przykryć ściereczką i zostawić na 20 minut do wyrośnięcia. W międzyczasie nagrzać piekarnik do 220 stopni.
Gdy bułeczki wyrosną posmarować je rozkłóconym jajkiem. Jedną część posypać makiem, a drugą sezamem (albo czym kto chce: kminkiem, siemieniem czy słonecznikiem).
Piec 25 minut w piekarniku nagrzanym do 220 stopni (ja piekłam około 30 minut w 200 stopniach w termoobiegu z dolną grzałką)
Wyciągnąć z piekarnika i wystudzić (choć częściowo) na kratce.


*Duża miska jest konieczna z tego względu, że ciasto dosyć mocno rośnie ;-) Niektórym wydaje się dziwne, że ciasto drożdżowe rośnie w lodówce, ale jakby nie patrzeć jest to oczywista oczywistość, którą można zobaczyć na własne oczy.
Bułki można przygotować w sposób klasyczny, czyli odstawić ciasto do wyrośnięcia na godzinę i od razu robić bułki. Nocne leżakowanie ciasta jest dla tych, którzy chcą ciepłe bułki na śniadanie. 
** Można zrobić 8 bułeczek, będą większe, ale należy pamiętać, że wtedy trzeba wydłużyć czas pieczenia o około 5 minut.



środa, 16 marca 2011

Orzechowiec czyli pyszne ciasto z miodem i orzechami.


W styczniowe popołudnie przejrzałam mój zeszyt z przepisami i znalazłam ciasto z miodem i orzechami (nie pamiętam od kogo dostałam ten przepis)... ciasto, którego nie piekłam już kilka ładnych lat. Całkiem niedawno jadłam u Agnieszki pyszny orzechowiec i po przewertowaniu mojego zeszytu uznałam, że to chyba jest coś podobnego, choć pewności nie mam, bo tamto ciasto było bardziej płaskie i chyba jednak trochę inne w smaku. Orzechowiec jest dosyć łatwy do przygotowania i raz na jakiś czas warto się na niego skusić.


Składniki na duża blachę 25 x 40 cm

Ciasto:
3 szklanki* mąki pszennej
2/3 szklanki cukru
125 g masła 
2 jajka
2 łyżki miodu
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżeczki cukru waniliowego (używam domowego)

Warstwa orzechowa:
250g łuskanych orzechów włoskich
75g masła albo margaryny
4 łyżki cukru
2 łyżki miodu

Masa budyniowa:
3 szklanki mleka (750 ml)
2 opakowania budyniu śmietankowego bez cukru (tych normalnych, na 500 ml mleka)
1 łyżka mąki pszennej
4 łyżki cukru
200g masła

Dodatkowo słoik konfitury wiśniowej albo porzeczkowej

*używam szklanki o pojemności 250 ml


Przygotowanie ciasta najlepiej rozpocząć od ugotowania budyniu.
W jednej szklance mleka roztrzepać 2 budynie i 1 łyżkę mąki pszennej. Pozostałe 2 szklanki mleka zagotować z 4 łyżkami cukru. Po zagotowaniu mleka wlać rozrobiony budyń i gotować (cały czas mieszając) do uzyskania gęstej jednolitej konsystencji.
Wszystkie składniki ciasta włożyć do miski posiekać nożem i zagnieść zwarte ciasto. Podzielić na 2 części.
Formę (o wymiarach 25x40 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, albo wysmarować masłem. Jedną część ciasta wyłożyć do formy, wyrównać, wstawić do piekarnika. Piec w temperaturze 180 stopni przez około 10 minut.
Przygotować masę orzechową: w rondelku zagotować masło/margarynę z miodem i cukrem do momentu rozpuszczenia cukru. Dodać posiekane orzechy, wymieszać i ok 3-4 minut gotować uważając, żeby się masa nie przypaliła (często mieszać)
Drugą część ciasta wyłożyć do takiej samej formy jak pierwszą część, nałożyć na nią orzechową masę i wstawić do piekarnika. Piec w temperaturze 180 stopni przez 10 minut.
Masło utrzeć z budyniem na puszysty krem (do utartego masła dodawać partiami budyń i miksować na niskich obrotach).
Gdy oba placki ostygną można złożyć ciasto. Na pierwszy placek wyłożyć konfiturę, na nią krem a na końcu placek z orzechami. Wstawić do lodówki przynajmniej na 24 godziny, aby ciasto miodowe skruszało. Najlepszy jest po dwóch dniach.
Warstwa orzechowa z oczywistych względów jest trochę twarda, ale gdy 2 - 3 godziny przed podaniem postoi w temperaturze pokojowej nie ma problemu z wbiciem się w niego widelczykiem.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...