wtorek, 21 czerwca 2011

Czerwone pikantne curry z kurczaka


Dziś znowu po indyjsku :-)
Brat z bratową i młodym wyjechali na wakacje a rodzice zostali sami ze studentem i ja w niedzielę dla nich gotowałam... Mama była zadowolona, bo w przeciwieństwie do mnie nie znosi garów (gotuje z konieczności i dziś dla odmiany ja się załapałam na obiad u niej)... Wertowałam książkę i zastanawiałam się, co mogę przygotować u nich w domu, a przy okazji nie wywozić połowy mojej kuchni... I padło na pikantne curry... To był dobry wybór... z dodatkiem ryżu był świetnym i o dziwo szybko przygotowanym posiłkiem.  
Przepis oczywiście pochodzi z mojej ulubionej już książki pt. „Kuchnia indyjska. Najlepsze przepisy”. Zmieniłam trochę proporcje, dałam więcej mięsa i kolorowej papryki a efekt okazał się naprawdę znakomity. Student dokładał sobie dwa razy i jeszcze na poniedziałek mu wystarczyło, bo nagotowałam cały gar. Podaję jednak składniki na 4 normalne porcje.

 
Składniki na 4 porcje:

700 - 800 g fileta z kurczaka
2 średniej wielkości cebule
1 papryka czerwona
1 papryka zielona
1 papryka żółta
2 łyżki oleju
¼ łyżeczki nasion kozieradki
¼ łyżeczki nasion cebuli (trudne do kupienia, można pominąć)
½ łyżeczki rozgniecionego czosnku
1 łyżeczka startego świeżego korzenia imbiru
2 łyżeczki mielonej kolendry
½ łyżeczki sproszkowanego kardamonu
1 i ½ łyżeczki sproszkowanego chili
1 i ½ łyżeczki soli
400 g pomidorów z puszki
250 ml tomatery (soku pomidorowego)
2 łyżki soku z cytryn
2 łyżki posiekanej świeżej kolendry
3 posiekane świeże zielone chili (dałam czerwone)
opcjonalnie:1 łyżeczka cukru trzcinowego albo miodu
kolendra do przybrania 

Kurczaka pokroić w kostkę. Cebulę obrać pokroić w niewielką kostkę. Z papryki usunąć gniazda nasienne i pokroić w grube paski.
W rondlu z grubym dnem rozgrzać olej, wrzucić nasiona kozieradki i cebuli i smażyć około minuty. Dodać posiekaną cebulę, starty czosnek i imbir. Podsmażać przez 5 minut często mieszając, aż cebula zrobi się złota (ale nie spalona). Zmniejszyć płomień do minimum.
W misce połączyć zmieloną kolendrę, kardamon, sproszkowane chili, sól, pomidory,sok z cytryny i dokładnie wymieszać.
Przełożyć wszystko do rondla i zwiększyć płomień do połowy. Smażyć 3 minuty cały czas mieszając. Dodać kawałki kurczaka i podrumienić przez 5 – 7 minut Wlać sok pomidorowy. Wsypać świeżą posiekaną kolendrę, zielone chili i kawałki kolorowej papryki. Zmniejszyć płomień, przykryć rondel i dusić na wolnym ogniu około 10 minut, aż mięso się ugotuje. Pod koniec gotowania spróbować i dodać 1 czubatą łyżeczkę cukru albo miodu (ale nie jest to konieczne jeśli smak nam odpowiada – ja dodałam).


Curry można podawać z ryżem, z chlebem naan czy czapati. U nas był ryż.


poniedziałek, 20 czerwca 2011

Biszkopt z kremem i truskawkami


Ciasto biszkoptowe z kremem i truskawkami... niewielu znam takich, którzy się nie skuszą na kawałek albo i dwa. Moja rodzina uwielbia wszystko co truskawkowe... ale to ciasto robię przeważnie z bitą śmietaną. Ale tym razem w ramach testowania kremów Delecty skusiłam się na zrobienie ciasta z kremem truskawkowym na bazie jogurtu i mleka. Lepsze niż ze śmietaną? No cóż, nie sądzę... ale skoro zostało zjedzone znaczy, że nie było złe. Nawet ja skusiłam się na mały kawałeczek, żeby wiedzieć o czym piszę.
Raz na jakiś czas można wykorzystać gotowy krem, szczególnie gdy chce się ciasta a czas goni :-). Na duży biszkopt jeden krem to zbyt mało, ale na tortownicę jest w sam raz. Do konsystencji kremu przyczepić się nie mogę, ale gdybym kiedyś zdecydowała się na użycie go ponownie to z pewnością dodam do kremu pokrojone świeże truskawki albo zrobię go z dodatkiem soku truskawkowego – wyraziste smaki jednak bardziej mi odpowiadają, a można je osiągnąć tylko przez dodanie świeżych owoców. Został mi jeszcze jeden krem o smaku owoców leśnych, ale będę z nim eksperymentować nieco później... poczekam na jagody :-)



Składniki na tortownicę o średnicy 27-28 cm.

Biszkopt:
4 duże jaja (używam takich 70 -75 g)
2/3 szklanki cukru
4 czubate łyżki mąki pszenne tortowej typ 450 (czasem mieszam tortowa z krupczatką)
3 czubate łyżki skrobi ziemniaczanej
1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka octu

Masa:
1 krem truskawkowy Delecta
250 ml mleka
150 g jogurtu naturalnego

Poncz:
½ szklanki wody
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soku z cytryny

Dodatkowo:
500 g truskawek
1 galaretka truskawkowa

Żółtka oddzielić od białek. Białka ubić z cukrem na sztywną pianę. Do żółtek dodać proszek i ocet, szybko wymieszać i dodać do białek. Ubić, a na końcu dodać obie mąki (pszenną i skrobię ziemniaczaną) i wymieszać.  
 Dno tortownicy o średnicy 27-28 cm posmarować masłem i posypać mąką. Ciasto przelać do tortownicy .
Piec ok 25-35 minut, 160-170 stopni.

Przygotować poncz z wody, cukru i soku z cytryny. Galaretkę rozpuścić w 400 ml wody i zostawić do ostygnięcia.
Biszkopt przeciąć na 2 części. Jedną część biszkoptu włożyć do tortownicy, skropić ponczem.
Krem ubić z mlekiem i jogurtem. Podzielić na 2 części. 


Jedną część kremu wyłożyć na biszkopt, przykryć drugim krążkiem, który także skropić ponczem. Wyłożyć resztę kremu, rozsmarować i wstawić na pół godziny do lodówki.
Na krem wyłożyć połówki truskawek i zalać tężejącą galaretką. Wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc.



Rozwiązanie konkursu z Activią :-)


Wybór nie był łatwy, bo choć pojawiło się tylko kilka historii to każda warta była nagrodzenia... ale otrzymałam w tej materii wsparcie i w końcu wyboru dokonałam :-) Wszystkim, którzy wzięli udział dziękuję bardzo serdecznie.


Uwaga, uwaga... ogłaszam, że zwyciężczynią konkursu z Activią a tym samym szczęśliwą posiadaczką bonu (już niebawem) na zakupy do H&M albo Zary jest:

Marta Jodłowska

Martusiu, gratuluję serdecznie. Mam nadzieję, że wykorzystanie tej nagrody będzie dla Ciebie przyjemnością... i trzymam kciuki za to SPA :-) 
 

niedziela, 19 czerwca 2011

Kruche babeczki z kremem cytrynowym i truskawkami


Kilka dni temu zostałam poproszona o przetestowanie kremów firmy „Delecta”... w zasadzie nie widziałam powodu, dla którego miałabym odmówić. Dotychczas nie używałam żadnych ich produktów, poza tym kremy zawsze robiłam sama – na bazie śmietany, serka mascarpone, czekolady, budyniu czy serka homogenizowanego. Ale w końcu testowanie produktów spożywczych jest ściśle powiązane z tematyką bloga...


Dostałam trzy kremy: cytrynowy, truskawkowy i z owoców leśnych... dziś do babeczek wykorzystałam cytrynowy, a do ciasta biszkoptowego truskawkowy (ale o nim będzie kiedy indziej). Połączenie kremu cytrynowego ze słodyczą truskawek i polewy okazało się bardzo udanym eksperymentem, choć jak dla mnie krem mógłby być mocniej cytrynowy.
Krem ubił się bardzo szybko. Początkowo miałam wrażenie, że jest trochę za rzadki, ale 10 minut w lodówce sprawiło, że ściągnął się dosyć mocno i w efekcie miał bardzo fajną konsystencję.
Do upieczenia babeczek wykorzystałam mój ulubiony przepis na kruche ciasto – jest idealne do tarty i babeczek.


Składniki na 18 – 20 babeczek:

500 g mąki
125 g cukru pudru
250 g masła
4 żółtka
szczypta soli

masło do posmarowania foremek

2 opakowania kremu cytrynowego Delecta ( + 300 g jogurtu naturalnego i 500 ml mleka)

500 g truskawek
przezroczysta polewa albo galaretka truskawkowa rozpuszczona w 350 ml wody

Mąkę przesiać na stolnicę, dodać masło i posiekać wszystko nożem (albo przyrządem do siekania ciasta, którego jeszcze się nie dorobiłam ;-)). Dodać cukier puder, żółtka i zagnieść gładkie, elastyczne ciasto.
Ciasto zawinąć w folię spożywczą i włożyć na pół godziny do zamrażarki. Po wyciągnięciu podzielić na 18 – 20 części, rozwałkować ciasto i wylepić nim posmarowane masłem foremki. Ciasto nakłuć widelcem w kilku miejscach.
Wstawić do piekarnika nagrzanego do 185 stopni i piec około 10 -15 minut - do lekkiego zrumienienia.
Zostawić do wystygnięcia.
Krem ubić wg przepisu wykorzystując mleko i jogurt. Gotowym kremem wypełnić babeczki. Ozdobić truskawkami i polać tężejącą galaretką albo polewą do ciast (wykorzystałam polewę).

 



Zrobiłam babeczki z połowy porcji, a resztę ciasta zamroziłam – będzie idealne na szybką tartę, gdy pojawią się jagody.



sobota, 18 czerwca 2011

Letni bigos z młodej kapusty


Było po indyjsku, to teraz będzie po polsku :-) Większości osób kuchnia polska kojarzy się z kuchnią ciężką i tłustą... a słowo bigos przywołuje na myśl dwa słowa: tłusto i niezdrowo... A niesłusznie, bo można ugotować bigos w wersji lekkiej, szczególnie, gdy jest to bigos z młodej kapusty... choć dla wielu nie jest to bigos, a jedynie wariacja na temat kapusty.  Niech i tak będzie.
Monika narobiła mi wczoraj takiej ochoty, że przejrzałam lodówkę i dziś ugotowałam pyszny lekki bigos... Co prawda kapustę kupiłam z myślą o polędwiczkach w kapuście, ale co tam – polędwiczki nie zając, nie uciekną :-) Znalazłam w zamrażarce filety z kurczaka i wędzoną, chudą kiełbasę robioną przez moich rodziców... więc nie było się nad czym zastanawiać.



Składniki na 4 porcje

1 główka młodej kapusty
2 małe filety z kurczaka (250 g)
2 laski podwędzonej kiełbasy (200 g)
2 średnie młode marchewki
2 średnie młode cebule
1 duży mięsisty pomidor
3 ziarna ziela angielskiego
2 małe liście laurowe
4 ziarna czarnego pieprzu
1 łyżka oleju
1 płaska łyżeczka soli
świeżo mielony pieprz
1 łyżka posiekanego koperku


Kapustę pokroić albo poszatkować. Cebulę pokroić w niedużą kostkę, marchewkę obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Filety z kurczaka i kiełbasę też pokroić w kostkę. Pomidora sparzyć, obrać ze skóry, pokroić w drobną kostkę (ja usuwam pestki).
W garnku zagotować ½ szklanki wody, wrzucić kapustę i marchewkę. Dodać 1 płaską łyżeczkę soli, liście laurowe, ziele angielskie i pieprz w ziarnach. Na patelni rozgrzać olej, wrzucić cebulę i delikatnie ją podsmażyć, a następnie przełożyć do kapusty. Na patelnię włożyć pokrojonego kurczaka, delikatnie posolić, popieprzyć i podsmażyć do zrumienienia. Dodać kiełbasę i jeszcze 2 minuty smażyć razem. Całość przełożyć do kapusty. Dusić razem około 20 minut. Dodać pokrojonego pomidora i jeszcze przez 10 minut gotować na wolnym ogniu. Wsypać koperek i doprawić sporą ilością mielonego pieprzu.


Chlebek naan


Chlebek naan jest doskonałym dodatkiem do potraw kuchni indyjskiej... lekki i pyszny. Podobno został sprowadzony do Indii przez Mongołów, którzy przybyli przez Afganistan z Persji. Te drożdżowe placki serwuje się od Kaukazu, poprzez Pendżab aż do regionów północno - zachodnich Indii.
W języku perskim „naan” oznacza chleb. Tradycyjnie nie wałkuje się go, ale rozciąga nadając kształt kropli. Ja jednak użyłam wałka i specjalnie nie zastanawiałam się nad jego kształtem – każdy miał nieco inny kształt.
Tradycyjnie chlebki naan wypieka się w mocno rozgrzanych, glinianych piecach, zwanych tandoori... ale w naszych warunkach doskonale nadaje się do tego piekarnik.
Z podanego przepisu wychodzą 3 chlebki... ale następnym razem podzielę ciasto na 6 części i zrobię mniejsze. Upiekłam z podwójnej porcji, która jest idealna dla 4 osób. Nam oczywiście chlebki zostały, ale można je zamrozić i wykorzystać, gdy przyjdzie nam ochota.
Przepis pochodzi z wspomnianej już przeze mnie książki pt. „Kuchnia indyjska. Najlepsze przepisy”



Składniki na 3 duże albo 6 małych chlebków.

225 g niewybielanej mąki pszennej (użyłam wrocławskiej)
½ łyżeczki soli
15 g świeżych drożdży
60 ml ciepłego mleka
15 ml (1 duża łyżka) oleju roślinnego
2 łyżki czystego naturalnego jogurtu
1 jajko
2-3 łyżki roztopionego ghee do glazurowania chlebków

Mąkę i sól przesiać do dużej miski. W kubku rozrobić drożdże z mlekiem (dodałam jeszcze ½ łyżeczki cukru) i odstawić na 15 minut, aby ruszyły i urosły.
Do mąki dodać wyrośnięte drożdże, olej, jogurt i jajko. Wyrobić dłońmi aż do uzyskania miękkiego, jednolitego ciasta. Jeśli ciasto będzie zbyt suche dolać trochę letniej wody.
Ciasto przełożyć na oprószoną mąką stolnicę albo blat i wyrabiać przez 10 minut, aż będzie gładkie i jednorodne. Ponownie włożyć do miski i odstawić na godzinę w ciepłe miejsce – powinno podwoić swoją objętość.
Piekarnik nagrzać razem z blachą do maksimum (co najmniej 230 stopni – u mnie 250 stopni), a ciasto wyłożyć na oprószoną mąką powierzchnię i ugniatać przez 2 minuty. Podzielić na 3 albo 6 części, uformować kule i rozwałkować albo rozciągnąć na kształt kropli (jeśli się uda).

/chlebki przed pieczeniem/ 

Na gorącą blachę włożyć chlebki, wstawić do gorącego piekarnika i piec 3-4 minuty, aż wyrosną i się lekko zrumienią (po 3 minutach włączam na chwilę grill i osiągam efekt ślicznie zrumienionych chlebków). Wyciągnąć, posmarować rozpuszczonym ghee i podawać gorące.


Do ciasta można dodać nasiona kminku, kopru włoskiego, cebuli, czarnuszki czy ząbek wyciśniętego czosnku.

Pasta tikka


Dziś obiecany przepis na pastę tikka, której użyłam do przygotowania kurczaka tikka masala, ale równie dobrze można ją wykorzystać do innych dań kuchni indyjskiej, np. kurczaka tikka czy tandori. Pasta ma lekko kwaskowy smak i zwykle wystarcza jej niewielka ilość do przygotowania pysznego dania. Pastę można przechowywać w lodówce, w szczelnych szklanych słoikach.
Przepis na pastę pochodzi z książki pt. „Kuchnia indyjska. Najlepsze przepisy”.

Składniki na dwa słoiczki (po około 230 ml)
2 łyżki ziaren kolendry
2 łyżki nasion kminu rzymskiego
1 łyżka sproszkowanego czosnku
2 łyżki słodkiej mielonej papryki
1 łyżka garam masala
1 łyżka mielonego imbiru
2 łyżeczki sproszkowanego chili
½ łyżeczki mielonej kurkumy
1 łyżka suszonej, sproszkowanej mięty
¼ łyżeczki soli
1 łyżeczka soku z cytryny
kilka kropli spożywczego barwnika czerwonego i żółtego (pominęłam)
30 ml wody
150 ml octu winnego (użyłam białego)
150 ml oleju roślinnego (użyłam słonecznikowego)

Ziarna kolendry i kminku rozetrzeć na proszek w moździerzu, albo zmielić w młynku. Przesypać do miski i wrzucić pozostałe przyprawy, sproszkowaną miętę oraz sól. Dokładnie wymieszać. Dodać sok z cytryny, barwniki spożywcze (nie dodałam), ocet winny oraz 30 ml wody. Rozrobić na rzadką papkę.
W karahi (to moje marzenie, które pewnie jeszcze się długo nie spełni, bo dostanie go w Polsce jest niemożliwe), woku albo dużym rondlu rozgrzać olej, wlać masę i cały czas mieszając, smażyć przez 10 minut, aż woda zostanie wchłonięta. Gdy na powierzchni pojawi się olej można uznać, że pasta jest gotowa. Odstawić do ostygnięcia i przełożyć wyparzonych słoiczków, szczelnie zamknąć. Można przechowywać w lodówce przez około 4 tygodnie.


czwartek, 16 czerwca 2011

Kurczak tikka masala


Moje pierwsze spotkanie z kuchnią indyjską miało miejsce dawno temu... i w zasadzie od razu ta kuchnia okazała się przyjazna, więc gdy tylko miałam okazję to próbowałam indyjskich potraw. Niestety w moim mieście nie ma restauracji indyjskiej, więc gdy byliśmy ostatnio w Gdyni namówiłam Zielonookiego na wizytę w Tandoor Hause (polecam!!!) - okazało się, że i jemu te smaki bardzo odpowiadają. W końcu kuchnia indyjska jest niezwykle aromatyczna.
Potem, przy okazji wizyty w Empiku nabyłam książkę pt. „Kuchnia indyjska. Najlepsze przepisy”. Studiowałam ją przez miesiąc, a Połówek uśmiechał się pod nosem, bo ja już tak mam, że zanim się zabiorę za coś, co jest dla mnie nowością muszę się z tym „zaprzyjaźnić” i tak zaprzyjaźniałam się z kuchnią indyjską. A zaczęłam od skompletowania zestawu przypraw. Znalazłam sklep, złożyłam zamówienie i czekałam. Po dwóch dniach zadzwoniła do mnie pani i powiedziała, że chwilowo (do lipca) nie ma pasty z tamaryndowca, proszku mango i czarnego kardamonu i spytała, czy chcę czekać, czy pozostałe 15 przypraw ma mi wysłać. Oczywiście czekać nie chciałam... i tak stałam się posiadaczką pokaźnego zestawu przypraw do dań indyjskich...  

Wybrałam dwa przepisy i zapytałam Zielonookiego:
- Co mam zrobić: tikka masala czy balti z kurczaka?
- Cokolwiek to znaczy niech będzie ta tikka - odpowiedział.

No i wkopałam się, bo przygotowanie tikka masala zabiera dwa razy tyle czasu co balti... ale cóż, skoro pozwoliłam Połówkowi wybierać to wybrał i miałam za swoje.
A tak poważnie mówiąc nie było źle, choć po raz pierwszy w życiu gotowałam w towarzystwie książki rozłożonej na blacie. I pewnie, gdybym pomyślała i przygotowała pastę tikka wcześniej to czas przygotowania obiadu znacznie by się skrócił. Ale nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w kuchni, bo to było naprawdę pyszne danie. Trochę zmniejszyłam proporcje, ale i tak nie zjedliśmy wszystkiego i resztę Zielonooki zabrał sobie na dyżur.  Danie jest bardzo sycące.

Tikka masala z kurczaka to jedna z potraw dobrze znanych i lubianych na Zachodzie, mniej popularna w Indiach, choć jednak ciągle indyjska. To miękkie kawałki kurczaka najpierw opieczone (oryginalnie w piecu tandoor), a potem gotowane w kremowym, pikantnym sosie pomidorowy i podawane z chlebem naan. Oczywiście chlebek też upiekłam. W końcu jak szaleć to szaleć.

Przepis pochodzi z w/w książki (z moimi niewielkimi zmianami). Ważne, aby wszystkie produkty przygotować sobie wcześniej, bo w trakcie gotowania nie ma już na to czasu.


Składniki na 4 porcje:

700 g filetów z piersi kurczaka
6 łyżek pasty tikka (ja zrobiłam sama, ale można kupić gotową)
7 łyżek niskotłuszczowego jogurtu naturalnego
1 łyżka oleju
1 duża pokrojona w kostkę cebula
1 rozgnieciony ząbek czosnku
1 świeże zielone chili, bez pestek, drobno posiekane (dałam czerwone, bo zielonego nie udało mi się kupić)
2 ½ centymetrowy kawałek świeżego korzenia imbiru – starty na drobnych oczkach
2 łyżki pasty pomidorowej (może być przecier)
250 ml wody
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka miodu
1 łyżka roztopionego ghee albo masła

Z kurczaka usunąć tłuszcz i pokroić w 2 ½ centymetrową kostkę. Do miski włożyć 3 łyżki pasty tikka i 4 łyżki jogurtu i dobrze wymieszać. Dodać pokrojonego kurczaka, dobrze wymieszać i odstawić na minimum 20 minut.

W rondlu o grubym dnie rozgrzać 1 łyżkę oleju, wrzucić pokrojoną cebulę, czosnek, chili i imbir i podrumieniać przez 5 minut, uważając aby się nie przypaliło. Dołożyć resztę pasty tikka i smażyć 2 minuty. Wymieszać, dodać pastę pomidorową (przecier) i wlać wodę. Doprowadzić do wrzenia i gotować 15 minut na wolnym ogniu.
Kawałki zamarynowanego kurczaka nabić na drewniane szpadki do szaszłyków (to doskonale zrobił Zielonooki). Nagrzać kuchenny grill, opiekacz czy piekarnik – albo tak jak ja patelnię grillową. Mięso lekko posmarować roztopionym ghee albo masłem i piec 15 minut w średniej temperaturze (smażyłam na patelni grillowej).
Sos tikka wlać do malaksera lub blendera i zmiksować na gładką pastę (użyłam ręcznego blendera). Przełożyć ją z powrotem do rondla. Dodać pozostały jogurt, sok z cytryny, 1 łyżkę miodu i podgrzać.
Kurczaka zdjąć ze szpadek, wrzucić do rondla i gotować 5 minut na małym ogniu.
Przybrać świeżą kolendrą – nie miałam, więc nie przybrałam ;-)) Można dodatkowo polać jogurtem i posypać kminkiem. Podawać z chlebem naan.


Ja zrobiłam jeszcze sałatkę z pomidora z cebulką... obiad bez warzyw to dla mnie nie obiad :-))) I nie wnikam czy to pasowało czy nie – ważne, że smakowało :-)

 
Ps. Przepis na pastę tikka i chlebek naan niebawem :-)

środa, 15 czerwca 2011

Letnia zupa kalafiorowa


Bardzo lubię zupy kalafiorowe, ale jem je tylko ja, więc gotuję wtedy, gdy Zielonookiego nie ma. Mam swoje dwie ulubione wersje: zimową z kaszką manną i mięsnymi kulkami oraz letnią z kalarepą i koperkiem. Oczywiście gotuję też inne wersje, ale te dwie robię najczęściej.  
Dziś wersja letnia, a więc i dosyć lekka. Z dodatkiem kalarepy, która w połączeniu z koperkiem idealnie podkręca smak kalafiora i z dodatkiem mleka. Wiele osób dodaje śmietanę, a ja osobiście wolę mleko. Ale tu jest pełna dowolność – każdy robi tak jak lubi. Do zupy kalafiorowej nie dodaję też ziela angielskiego i liścia laurowego, bo one nadają dosyć intensywny aromat, który w zupie kalafiorowej mi przeszkadza.



Składniki na 4 porcje

1 mały kalafior (ok 400 g)
1 mała kalarepa
1 mała cebulka dymka (bez szczypiorku)
2 - 3 małe młode marchewki
1 mała pietruszka
kawałek selera
3 średnie młode ziemniaki 
2 – 3 łyżki posiekanego koperku
1 l bulionu (u mnie drobiowy)
1 szklanka mleka
½ łyżeczki miodu albo cukru
sól, pieprz

W garnku zagotować bulion. W międzyczasie obrać wszystkie warzywa, cebulkę pokroić w drobną kostkę, kalafiora podzielić na mniejsze różyczki, a ziemniaki, marchewkę i kalarepę pokroić w niedużą kostkę.
Do gotującego się bulionu wrzucić pokrojoną cebulkę, obrany seler i pietruszkę ( można go również pokroić w kostkę, ale ja nie lubię, więc po ugotowaniu zupy kawałki selera i pietruszki wyrzucam) - gotować 5 minut. Dodać marchewkę, kalarepę i ziemniaki i gotować kolejne 7 -10 minut. Wrzucić kalafiora podzielonego na różyczki i gotować jeszcze kilka minut, aż kalafior będzie miękki, ale nie rozgotowany. Doprawić świeżo zmielonym pieprzem i odrobiną brązowego cukru albo miodu. Wlać mleko albo śmietanę, dodać koperek. Całość podgrzać, ale uważać, żeby się nie zagotowało.  
Prosta, pyszna i lekka zupa... w gorące dni sprawdza się całkiem dobrze ;-)


poniedziałek, 13 czerwca 2011

Konkurs z Activią


Kochani, mam dla Was nowy konkurs z dobrze znaną marką Activia:
„Uwolnij swój brzuch, uwolnij siebie”
Od rana do wieczora wiele z nas funkcjonuje na najwyższych obrotach (ja też). W pracy i w domu towarzyszy nam często stres, odżywiamy się niezdrowo i nieregularnie, jesteśmy zabiegane, nie mamy czasy na odpoczynek – tak coraz częściej wygląda życie współczesnej kobiety. Efekt? Problemy z trawieniem, wzdęcia, zaparcia, złe samopoczucie i przede wszystkim błędne przekonanie, że nie ma na to żadnej metody.
Celem kampanii prowadzonej przez markę Activia jest przekonanie nas - kobiet, że możemy znowu poczuć się szczęśliwe i lekkie a regularne jedzenie Activii pomaga „uwolnić brzuch i uwolnić siebie. Program ma zjednoczyć kobiety, a także zachęcić je do tego, by podzieliły się swoją historią uwolnienia. Każda kobieta czasami odczuwa ten balon w brzuchu. Mając uczucie wzdęcia trudno jest w pełni korzystać z życia i cieszyć się każdą chwilą...
Być może są takie kobiety, które nie miewają problemów trawiennych... ale życie pokazuje, że wiele z nas jednak się z tym boryka, choć niekoniecznie się do tego przyznaje. Dla mnie osobiście problem jest zmiana klimatu, wyjazd – choćby na drugi koniec Polski do teściowej czy na urlop - wtedy doskonale sprawdza się butelka Aktivii... pozwala cieszyć mi się wolnym czasem i w pełni zrelaksować.

I w związku z programem mam dla Was konkurs:

Konkurs trwa od 13 – 19 czerwca 2011 r.

Zadaniem konkursowym jest zamieszczenie w poniższym widgecie odpowiedzi (maksymalnie 1800 znaków) na pytanie konkursowe:
„Pomyśl co sprawia Ci przyjemność, jakie są Twoje pasje i jak dotąd w ich realizacji przeszkadzały Ci kłopoty trawienne. Napisz, co zmieniło się po wypróbowaniu Activii, jak się teraz czujesz



Nagroda to bon na zakupy o wartości 100 złotych do H&M albo do ZARY – wg wyboru zwycięzcy, ufundowany przez firmę DANONE.
Zgłoszenia konkursowe zamieszczone w widgecie na moim blogu, wezmą również udział w konkursie organizowanym na stronie www.activia.pl, w którym do wygrania są weekendy w renomowanym ośrodku SPA – jest więc o co powalczyć.
Zwycięzcę konkursu wybiorę ja... ale gdybym miała z tym problem to mogę liczyć na fachowe oko zespołu Activii ;-)
Wszystkie dodatkowe dane dotyczące konkursy można znaleźć w REGULAMINIE, który dobrze przeczytać przez przystąpieniem do konkursu.

Podobny konkurs będzie toczył się na 19 innych blogach – udział można wziąć tylko na jednym blogu...
Tak więc do północy w niedzielę jest czas na to, aby rozwinąć się twórczo i powalczyć o nagrodę – kupon na zakupy a może i weekend w SPA. Do odważnych świat należy... zapraszam więc do udziału w konkursie.

piątek, 10 czerwca 2011

Leniwe... pierogi czy kluski... a kto tego będzie dociekał? :-))


Dziś znowu przenosiny, ale jakie pysze.
To szybkie i delikatne danie często jest zmieniane różnym dodatkami. Wiele osób nie odróżnia kopytek od klusek (pierogów) leniwych. Niektórzy twierdzą, że do leniwych dodaje się ziemniaki, ale gdyby moja babcia to usłyszała to przewróciłaby się w grobie. Ale w sumie co mi tam, jak ktoś chce to niech dodaje. Maciej Kuroń urozmaicał leniwe różnymi ciekawymi składnikami, choć klasyczne leniwe robił z samego sera. Twierdził też, że kiedyś gospodynie dodawały ziemniaki do leniwych, gdy miały dużą gromadkę do wykarmienia, a sera było mało - ziemniaki były tanim wypełniaczem i sprawdzały się doskonale.
U nas w domu zawsze był podział: ziemniaki + mąka + jajko to kopytka a twaróg + mąka + jajko + szczypta soli to leniwe, a wszystkie inne wariacje to po prostu były kluski.  No bo w sumie jak połączymy ziemniaki i ser to co nam wyjdzie? Kopytka z serem czy leniwe z ziemniakami?
Chyba z wiekiem staję się bardziej tolerancyjna, choć ciągle gdzieś w środku bronię tezy, że dodawanie ziemniaków do leniwych to profanacja.  Bardzo lubię te prawdziwe leniwe – z samego sera, dodanie do nich ziemniaków sprawia, że smak jest inny.
Jakiś czas temu czytałam pewną dyskusję na forum właśnie na temat pierogów leniwych. Nie sądziłam, że mogą wzbudzić aż tyle emocji. Uśmiałam się, szczególnie, gdy przeczytałam, że to nie są żadne pierogi, bo pierogi mają ciasto i farsz. Niby racja. Ale te nazywają się leniwymi właśnie dlatego, że nie robi się osobno ciasta z mąki i osobno farszu z sera, ale łączy się składniki od razu. Zamiennie nazywane są kluskami bądź pierogami leniwymi - co dom to obyczaj.
Na moim starym blogu pojawiła się też teoria, że leniwe powstały wtedy, gdy kucharce zabrakło ciasta i został farsz do ruskich, dosypała mąki i tak powstały leniwe. No cóż, z tą teorią jednak trudno mi się zgodzić, bo choć ruskie uwielbiam to jednak nie mają nic wspólnego z leniwymi.
Przepis na leniwe mam ze starej książki mojej Mamy pt. „Gospodarstwo domowe”
Z jednej kostki twarogu wychodzą mi dwie średnie porcje. Zasada jest prosta: na każde 250 g sera daje się 50 g mąki, jedno małe jajko + szczyptę soli.
Dodatki można zmieniać wg własnych upodobań. Jedni jedzą z bułką tartką zrumienioną na masełku, inni ze śmietaną,  ja osobiście z cynamonem, cukrem waniliowym i odrobiną roztopionego masła.


Składniki na 3 – 4 porcje:

500 g zwykłego twarogu
2 jajka
100 g mąki pszennej (u mnie wrocławska typ 500 albo tortowa typ 450)
1/2 płaskiej łyżeczki soli

cukier (może być waniliowy) + cynamon
2 - 3 łyżki roztopionego masła

Twaróg zmielić albo przepuścić przez praskę (osobiście uważam, że tak jak do sernika wiedeńskiego, taki i do leniwych twaróg powinien być zwykły i tylko taki używam, ten gotowy mielony może zmienić konsystencję ciasta).
Żółtka oddzielić od białek. Białka ze szczyptą soli ubić na sztywną pianę. Do sera dodać żółtka i mąkę, wymieszać. Na końcu ubitą pianę. Delikatnie połączyć. Nie podsypywać zbyt mocno mąką, bo inaczej pierogi będą twarde. Uformować wałeczki (rękoma obsypanymi mąką). Spłaszczyć je delikatnie i pociąć na skos na romby (podobnie jak kopytka ale nieco szersze). Ważne, aby nie zagniatać długo ciasta, bo im dłużej będziemy je miętolić tym bardziej będzie się lepiło. Leniwe trzeba zrobić szybko: wymieszać składniki, uformować wałeczki, spłaszczyć, pokroić i już.
W dużym garnku zagotować wodę z 1 łyżeczką soli. Wrzucać pierogi na wrzątek. Gdy wypłyną gotować około 2-3 minuty na wolnym ogniu. Aby sprawdzić, czy są w środku ugotowane wyciągnąć jednego i spróbować.
Tak ugotowane pierogi wyciągnąć łyżką cedzakową na talerze, posypać cynamonem wymieszanym z cukrem i polać roztopionym masłem.



czwartek, 9 czerwca 2011

Polędwiczki alla Corleone


I jeszcze jeden przepis w ramach przeprowadzki...
Danie pod taką nazwą jadłam podczas ubiegłorocznego urlopu... Mała, przytulna restauracja w Karpaczu serwuje świetne jedzenie (to znaczy serwowała w zeszłym roku, jak jest teraz nie wiem). Ceny średnie (70 zł za obiad dla dwóch osób) ale jedzenie bardzo smaczne.
Ja zamówiłam sobie polędwiczki alla Corleone a Zielonooki tagliatelle z polędwiczkami, borowikami, cukinią i czosnkiem. Moje polędwiczki były smaczne i bardzo pikantne, a ja nie mogłam wyczuć, co tej pikanterii im dodaje... Powszechnie wiadomo, że diabeł tkwi w szczegółach, więc zapytałam co jest w tym pysznym sosie... I się dowiedziałam – przesympatyczna pani kelnerka przyniosła mi mały, niepozorny słoiczek z papryczkami piri-piri. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałam (człowiek uczy się całe życie), ale gdy tylko wróciliśmy do domu to odkryłam je w jednym z marketów i znalazły się w mojej lodówce :-)) W restauracji pokazano mi słoiczek z czerwonymi i zielonymi papryczkami, ja dostałam same czerwone.
I zrobiłam polędwiczki na obiad... Oczywiście nie wiem, jak były przyrządzane w restauracji, ale ja je zrobiłam po swojemu i efekt, który osiągnęłam był więcej niż satysfakcjonujący :-))
Danie jest bardzo ostre, więc spokojnie można zmniejszyć ilość papryczek i zamiast czterech dać tylko dwie. 

Składniki na 4 porcje

ok 60 -80 dag polędwiczki wieprzowej (najlepiej dosyć grubej)
3 łyżki mąki pszennej do oprószenia polędwiczek
2 - 4  łyżki oleju do smażenie polędwiczek
sól, pieprz

puszka pomidorów pelati bez skórki albo 1 kg świeżych, mięsistych pomidorów sparzonych i obranych ze skóry i pozbawionych pestek
½ litra tomatery (karton gęstego soku pomidorowego)
1 średnia cebula (albo 2-3 szalotki)
1 ząbek czosnku (można dać 2 albo i 3, ale ja osobiście za czosnkiem nie przepadam, dodaję tylko do smaku)
4 papryczki piri-piri (są małe ale bardzo ostre, a ja dałam razem z pestkami)
sól, pieprz, chili, cukier, sok z cytryny
1 łyżka suszonej bazylii
1 łyżka suszonego oregano
1/3 pęczka świeżej bazylii
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżeczka masła

Danie to dobrze jest zacząć od przygotowania sosu.
Cebulę i czosnek obrać i drobno pokroić (czosnek rozetrzeć na desce). Na dużej, głębokiej patelni rozgrzać łyżkę oliwy i podsmażyć czosnek z cebulką.
Papryczki piri – piri rozdrobnić (ja wrzuciłam do rozdrabniacza dodając dwie łyżki tomatery). Pomidory również rozdrobnić (melakserem, mikserem, czy po prostu nożem). Do podsmażonej cebulki i czosnku dodać rozdrobnione papryczki i chwilę razem podsmażyć, a następnie dodać rozdrobnione pomidory, tomaterę i przyprawy (sól, pieprz, chili). Doprowadzić do wrzenia i gotować ok 10 minut. Dodać suszone zioła, odrobinę soku z cytryny i cukru do smaku (spróbować czy jest ok) i gotować jeszcze chwilę, aż sos zgęstnieje. Pod sam koniec dodać łyżeczkę masła i posiekaną świeżą bazylię.
W czasie, gdy sos się gotuje polędwiczki pokroić na 12 grubych plastrów ( po 3 plastry na osobę). Delikatnie je rozbić (najlepiej dłonią a nie tłuczkiem). Kawałki mięsa oprószyć mąką i usmażyć na rozgrzanym oleju. Proces smażenia powinien trwać krótko, żeby polędwiczki nie były twarde jak podeszwy. Usmażone polędwiczki przełożyć do gorącego naczynia żaroodpornego i dopiero wtedy posolić i popieprzyć. Przykryć, żeby zachowały ciepło i nie wyschły.
Na talerz wlać trochę sosu, wyłożyć plastry polędwiczek i polać sosem (mój był bardzo ostry). Podawać z czym kto chce... u nas były młode ziemniaki i surówka z młodej kapusty... w restauracji jadłam z sałatą z pomidorami, ogórkiem i oliwkami...

Ps. Tak sobie pomyślałam, że następnym razem spróbuję dodać do tego sosu jedną startą marchewkę i trochę kaparów... w końcu jak eksperymentować to na całego :-))



środa, 8 czerwca 2011

Jajka sadzone z żartobliwą nutką :-)


W życiu bym nie pomyślała, że smażenie jajek sadzonych może być tematem notki na moim blogu... a jednak. Przy okazji wczorajszego obiadu (młode ziemniaki, mizeria i jajko sadzone) przypomniała mi się rozmowa z koleżanką i obietnica jaką jej (w żartach) złożyłam, a ona powiedziała, że będzie trzymać mnie za słowo... no i oto moja obietnica słowem pisanym się stała.

Jakiś czas temu Iza do mnie mówi:
- Jak robisz jajka sadzone?
- To znaczy?
- No jak je odwracasz, że się nie rozwalają?
- Nie przewracam
- To co surowe z jednej strony wkładasz na talerz?

Uśmiałam się wtedy do łez, ale przypomniała mi się moja Mama, która też walczyła z jajkami sadzonymi... próbując je odwrócić na drugą stronę, żeby się dosmażyły.
Jako dziecko też myślałam, że trzeba je przewrócić, ale już jako nastolatka interesująca się kuchnią odkryłam, że nie o to chodzi w tej całej jajcarskiej historii...
Dwa tygodnie każdych wakacji spędzałam w górach... w wiosce, która leżała w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, gdzie ptaki nawracały i nie dojeżdżał żaden autobus (chyba do dziś nie dojeżdża, choć wieś dzięki stadninie koni huculskich już nie jest zapomniana przez ludzi)... w wiosce, w której życie płynęło wolniej... w wiosce, w której mieszkała moja babcia i trzy siostry mojego Taty (dwie mieszkają do dziś)...
I właśnie jedna z cioć smażyła pewnego dnia jajka... wbiła je na patelnię, posoliła, popieprzyła i przykryła... i w tym momencie moje oczy wyszły z orbit i nastąpiło olśnienie... no tak, ciepło krążące pod pokrywką zrobi swoje i jajka się zetną także z góry. To było odkrycie roku.
Od tamtej pory zawsze w ten sposób smażę jajka... a całkiem niedawno oświeciłam moją Mamę... bo będąc u nich widziałam jak się morduje z przewracaniem jajek na patelni... Zrobiła tak jak jej mówiłam, po czym stwierdziła: „to takie oczywiste, a ja przez 40 lat jajka obracałam” a jakby nie patrzeć Mama jest inżynierem, czyli jednak powinna się wcześniej kapnąć, że patelnię należy przykryć...
Trudno napisać przepis na jajka sadzone... ale obiecałam Izie, że to zrobię... więc jakoś muszę to ubrać w słowa... Fajnym gadżetem do smażenia jajek są silikonowe obwódki, ale jeszcze takich się nie dorobiłam, więc korzystam z metalowego kółka, żeby jednak to jajo miało jakiś kształt... Są też specjalne patelnie z wgłębieniami do smażenia jajek (kiedyś w naszym domu taka była)... ale kupowanie dodatkowej patelni w moim przypadku mija się z celem – nie jemy tych jaj aż tak często, aby specjalna patelnia była mi potrzebna... Oczywiście można też wbić jajka bez żadnych dodatkowych obwódek, ale wtedy z pewnością się rozleją i połączą.


Składniki:
jajka – tyle ile każda z osób zje
sól
pieprz
pokrojony szczypiorek, koperek czy rzeżucha - co kto lubi
1 łyżka klarowanego masła (ja przeważnie smażę bez masła albo tylko smaruję patelnię)

Na patelni rozgrzać masło (albo samą patelnię bez tłuszczu). Włożyć obwódkę (albo i nie), wbić jajko, posolić, popieprzyć, posypać szczypiorkiem i przykryć. Smażyć przez 2 - 3 minuty, aż białko się zetnie, a żółtko będzie częściowo płynne – no chyba, że ktoś lubi ścięte żółtko to wtedy trzeba smażyć chwilę dłużej... i koniec.
Gotowe :-)))



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...