czwartek, 31 października 2013

Konkurs na 7 urodziny bloga

Dziś chcę Was zaprosić do wspólnej zabawy i proponuję konkurs, w którym do wygrania są nagrody przekazane przez firmy: Kenwood, Kotanyi, Zakłady Tłuszczowe Bielmar - producent Palmy z Murzynkiem i Delecta, którym bardzo dziękuję za dobrą wolę, świetną współpracę i ufundowanie nagród. 

Zadanie nie będzie trudne dla osób, które regularnie czytają mojego bloga, wiedzą co lubimy, a czego absolutnie nie. 

Zasady konkursu:
1. Aby wziąć udział w konkursie należy przygotować dowolne danie albo ciasto (desery też się liczą), którym chcielibyście ugościć mnie i Zielonookiego – może to być podwieczorek albo kolacja.
Pod tą notką należy wpisać jakie danie albo ciasto czy deser zostało przez Was wybrane i krótko uzasadnić ten wybór. Komentarz należy podpisać - anonimowe wpisy nie będą brane pod uwagę. Komentarze nie powinny zawierać żadnych linków do stron czy blogów, bo takie lądują w spamie.
Można przygotować dowolną ilość dań, ciast, deserów (nie muszą być wszystkie na jednym zdjęciu, ale mogą).
2. Następnie trzeba zrobić zdjęcie. Na zdjęciu musi znaleźć się karteczka z napisem „7 Urodziny z Margarytką”. Napis nie może być zrobiony w programie graficznym, a karteczka ma na celu ochronę przed nieuczciwymi graczami (zadbajcie o to, aby karteczka nie wyglądała jak obdarty kawałek gazety).
3. Jedno zdjęcie potrawy albo ciasta - w dużym formacie, a nie miniaturkę, razem z opisem (cały przepis nie jest konieczny, wystarczy napisać, co przestawia zdjęcie) należy przesłać na adres: margarytka75@vp.pl 
W temacie maila wpisać: 7 Urodziny. 
Proszę nie przesyłać kilku zdjęć jednego dania, bo i tak wezmę pierwsze i nie będę wybierać.
Wszystkie zdjęcia zostaną umieszczone w konkursowym albumie na FB. Nie trzeba zakładać profilu na FB, nie trzeba lubić mojego profilu (choć oczywiście będzie mi miło) – album będzie ułatwieniem dla mnie, bo pozwoli zebrać wszystkie zdjęcia w jednym miejscu.
W mailu oprócz zdjęcia i informacji o daniu, powinno znaleźć się imię i nazwisko (dodatkowo nick jakim podpisujecie się na blogu, jeśli jest inny niż imię i nazwisko) osoby przygotowującej danie – tak, abym nie musiała się domyślać, kto jest autorem.
Przesłanie zdjęcia jest równoznaczne z wyrażeniem zgody na jego publikację na FB, a także na blogu w przypadku wygranej. 
4. Konkurs trwa od 1 – 17 listopada 2013 roku (zdjęcia można przesyłać do północy 17.11.2013).
 5. Do 20 listopada 2013 roku wybiorę osoby, które otrzymają nagrody – ocena będzie jak zawsze subiektywna, bo gusta mamy różne i każdy z nas kieruje się czymś innym przy takim wyborze. Wybór nie podlega dyskusji.
W konkursie mogą wziąć udział wszyscy, ale adres do wysyłki nagrody musi być na terenie Polski. 

6. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na blogu, a nagrodzone osoby będą zobowiązane do przesłania danych adresowych w ciągu 3 dni od dnia ogłoszenia wyników. 
7. Nagród w konkursie jest pięć:

I nagroda: 
czajnik i toster Kenwood, zestaw przypraw Kotanyi (3 młynki + 12 torebek z przyprawami) i zestaw produktów od Delecty



II nagroda: 
blender Triblade HB 724 Kenwood, zestaw przypraw Kotanyi (3 młynki + 12 torebek z przyprawami) i zestaw produktów od Delecty



III nagroda: 
wyciskarka do cytrusów Kenwood, waga elektroniczna od Bielmaru,  zestaw przypraw Kotanyi (3 młynki + 12 torebek z przyprawami) i zestaw produktów od Delecty




IV i V nagroda:
waga elektroniczna od Bielmaru,  zestaw przypraw Kotanyi (3 młynki + 12 torebek z przyprawami) i zestaw produktów od Delecty



SPONSORZY:

http://www.kenwoodworld.com/pl-pl/

http://www.bielmar.pl/




http://pl.kotanyi.com/




http://www.delecta.pl/



środa, 30 października 2013

Cukinia faszerowana

Faszerowane warzywa to zawsze fajny pomysł na obiad. My bardzo lubimy, więc co jakiś czas pojawiają się na naszych talerzach. Nie wymaga to dużego nakładu pracy, można przygotować wcześniej, a potem tylko wstawić do piekarnika.
Do tego dania wybieram małe, maksymalnie 20 cm cukinie, aby nie miały za dużo pestek. Wg mnie są smaczniejsze niż te duże.  
Podobnie można przygotować kabaczka, ale to już znacznie większe warzywo i myślę, że jeden wystarczy, aby nakarmić rodzinę. 
Danie mało fotogeniczne, ale zdecydowanie warte spróbowania. 


Składniki na 4 porcje:

4 małe cukinie
400 - 450 g mięsa (ja użyłam szynki wieprzowej, ale może być inne mięso)
2 duże cebule
1 mała czerwona papryka
1 mała żółta papryka
2 łyżki ajwaru albo pasty pomidorowej (ja użyłam ostrej wersji ajwaru)
50 – 60 g żółtego tartego sera (użyłam mozzarelli z bloku, bo jest świetna do zapiekania)
1 łyżka oleju albo klarowanego masła (można dać więcej, ale nie widzę sensu)
sól, pieprz
chili
ulubione zioła (u mnie dalmatyńskie i włoskie od Kotanyi)


Mięso zemleć na drobnych oczkach (można użyć gotowego mielonego, ale ja takiego nie kupuję, wolę sama mielić). Cukinie dobrze umyć w gorącej wodzie, przekroić wzdłuż na pół i wydrążyć miąższ – jeśli ma pestki to je wyrzucić, a resztę miąższu pokroić w drobną kostkę. Cebule i papryki oczyścić, pokroić w drobną kosteczkę.
Na patelni rozgrzać 1 łyżkę oleju, wrzucić pokrojoną cebulę i delikatnie ją podsmażyć. Dodać mięso, wsypać ¾ łyżeczki soli, ½ łyżeczki pieprzu i szczyptę chili. Smażyć około 7 minut. Dodać paprykę, cukinię, wlać ¼ szklanki gorącej wody i całość smażyć 3 - 4 minut na mocnym ogniu, aż cały płyn odparuje, a warzywa będą półmiękkie. Dodać ajwar i wymieszać (ajwar scali farsz i sprawi, że będzie zwarty, a nie sypki). Wsypać 1 łyżkę ulubionych ziół i wymieszać. Spróbować i ewentualnie doprawić jeszcze solą czy pieprzem wg własnego uznania.
Naczynie żaroodporne albo blaszkę posmarować olejem albo masłem. Każdą połówkę cukinii wypełnić przygotowanym farszem i ułożyć w naczyniu. Wstawić bez przykrycia do piekarnika nagrzanego do 180 – 190 stopni (u mnie 180 w termoobiegu) i zapiekać 20 minut. Po tym czasie wyciągnąć z piekarnika, posypać tartym serem i wstawić ponownie do piekarnika na kilka minut (u mnie 5 minut), aby ser się ładnie rozpuścił (można go lekko zapiec, ja wolę tylko rozpuszczony).
Po zapieczeniu oprószyć delikatnie ziołami roztartymi w dłoniach (u mnie z młynka).



środa, 23 października 2013

Barszcz z tłuczonymi ziemniakami

Lubicie buraczki? Ja bardzo. I często wykorzystuję je do przygotowywania obiadów. Surówki i barszcze wszelkiej maści są zawsze mile widziane. 
Dziś proponuję Wam bardzo prosty barszcz, który gotowała moja mama.  Podawany jest z tłuczonymi ziemniakami z dodatkiem smażonej cebulki. Ziemniaki można podać osobno, ale ja lubię właśnie tak – na jednym talerzu.
Ja mój barszcz gotuję na wędzonym udku z kurczaka, ale można użyć wędzonych żeberek albo boczku. Wersja wegetariańska też jest możliwa do przygotowania, po prostu pomijamy mięsną wkładkę.
Tym razem użyłam świeżych buraczków, ale ominął mnie proces gotowania, bo kupiłam parowane. Odkryłam niedawno na targu pana, który oprócz normalnych buraków sprzedaje również takie z parownika, są o niebo smaczniejsze niż takie gotowane w wodzie. Więc jeśli posiadacie parowar, albo garnek do gotowania na parze, to spróbujcie buraki właśnie w taki sposób przygotować. Można je również upiec, tak jak to zrobiłam w przypadku surówki z buraczków.
 

Składniki na 4 porcje:

1 wędzone udko (można użyć wędzonego żeberka albo kawałek boczku)
2 średnie marchewki
1 duża pietruszka
½ średniego selera
1 mała cebula
4 – 5 suszonych grzybków
4 ugotowane buraczki – około 500 g (zimą wykorzystuję buraczki ze słoiczka)
½ słodkiego jabłka
1 duży liść laurowy
2 ziarna ziela angielskiego
6 ziaren czarnego pieprzu
sól, pieprz mielony
cukier
ocet
opcjonalnie śmietana (ja nie dodaję, nie przepadam za zabielanymi zupami)

Dodatkowo:
ziemniaki – na 4 porcje około 700 – 800 g
1 – 2 cebule
1 łyżeczka klarowanego masła
¼ szklanki gorącego mleka
opcjonalnie gałka muszkatołowa albo przyprawa do ziemniaków (ja daję odrobinę świeżo tartej gałki)


Marchewkę, pietruszkę, seler obrać i zetrzeć na tarce o dużych oczkach albo pokroić w paseczki (ja wykorzystałam szatkownicę robota Chef Titanium Kenwood). Cebulę pokroić w drobną kostkę
Do garnka wlać 1,5 litra zimnej wody, włożyć wędzone udko albo inny kawałek wędzonki, wrzucić liść laurowy, ziele angielskie, pieprz w ziarnach, suszone grzyby, pokrojoną cebulę i wsypać 1 łyżeczkę soli (potem można jeszcze dosolić, ale wędzonki przeważnie są dosyć słone, więc 1 łyżeczka powinna wystarczyć). Zagotować. Dodać poszatkowane warzywa, doprowadzić do wrzenia i gotować około 20 minut. W międzyczasie buraczki i obrane jabłko zetrzeć na tarce o dużych oczkach albo pokroić podobnie jak warzywa w paseczki. Dodać 1 łyżkę octu i wymieszać. Buraczki włożyć do garnka i gotować wszystko razem 10 – 15 minut. Pod koniec wsypać 1 łyżkę cukru i wlać jeszcze 1 – 2 łyżki octu, doprawić świeżo mielonym pieprzem. Spróbować i ewentualnie dosmaczyć solą, octem czy cukrem, wg własnego uznania. Wyłączyć i odstawić na godzinę (taki odstany barszcz smakuje dużo lepiej, wg mnie najsmaczniejszy na drugi dzień).
Ziemniaki obrać i ugotować do miękkości w lekko osolonej wodzie. Cebulę pokroić w kostkę i usmażyć ją na złoto na klarowanym maśle. Jeśli do gotowania barszczu został użyty wędzony boczek można go wyciągnąć, pokroić i podsmażyć razem z cebulką.
Ugotowane ziemniaki odcedzić i odparować. Przepuścić przez praskę albo ubić tłuczkiem do ziemniaków. Dodać gorące mleko, podsmażoną cebulkę, gałkę muszkatołową albo dowolne przyprawy i wymieszać.
Barszcz ponownie podgrzać. Na talerz włożyć porcję ziemniaków, a obok wlać gorący barszcz albo wlać sam barszcz, a ziemniaki podać osobno na talerzyku. Ja wolę opcję łączoną. 
Barszcz można zabielić śmietaną albo jogurtem. 



poniedziałek, 21 października 2013

Z serii "coś na zimę": Puree z dyni

O właściwościach dyni pisałam więcej przy okazji przepisu na sok z jej dodatkiem, więc nie będę się powtarzać. Ale gdy nastaje sezon dyniowy przygotowuję sobie partię puree z dyni, aby móc się nią cieszyć nie tylko jesienią. Niestety, nie mam warunków ku temu, aby przechowywać dynię w całości, bo moja piwnica nie jest zbyt zimna. Przerabiam więc na pure albo zamrażam w kawałkach.
Puree najlepiej jest zamrozić. Oczywiście można je poddać również pasteryzacji. Jednak w przypadku puree bez żadnych dodatków trzeba zastosować tyndalizację, czyli potrójną pasteryzację (duże słoiki 3 razy po 40 minut, małe słoiki 3 razy po 30 minut w odstępie 24 – 48 godzin), bowiem jedna krótka pasteryzacja nie załatwi sprawy. Podobnie jak przy fasolce szparagowej potrzebne jest co najmniej podwójne, a najlepiej potrójne zagotowanie słoików, aby zabić nie tylko formy wegetatywne, ale również przetrwalniki, z których po dobie rozwijają się kolejne formy wegetatywne. Przerwy między jednym a drugim pasteryzowaniem powinny wynosić minimum 24 godziny jeśli mamy w domu dosyć ciepło (24 -25 stopni), jeśli jest zimniej warto słoiki zostawić na 36 – 48 godzin przed kolejną pasteryzacją. I przyznam, że gdy widzę w przepisach 15 minutową pasteryzację dyni bez żadnych dodatków konserwujących, to ciarki mi po plecach przechodzą. Przez 15 minut to można pasteryzować dynię w occie albo z dodatkiem cukru i kwasu (np. soku z cytryny albo octu), które są naturalnymi konserwantami i stwarzają kwaśne środowisko.  Jeśli robimy puree w słoiczkach to naprawdę warto poświęcić ten czas na potrójną pasteryzację, bo inaczej może się okazać, że cała nasza praca pójdzie na marne.
Trudno podać ile puree wyjdzie z jakiej dyni, bowiem reguły nie ma. Dynie są różne i mają różną zawartość wody. Raz z 3 kilogramów wychodzi mi 8 słoiczków po 300 ml, innym razem tylko 6.


Składniki na 6 -8 słoiczków po 300 ml:
3 kg dyni (waga po obraniu)


Dynię dokładnie umyć gorącą wodą. Przekroić na pół, usunąć gniazdo z pestkami (pestki można oczyścić i ususzyć). Następnie pokroić na kawałki razem ze skórką, ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia – można w dwóch warstwach. Przykryć folią aluminiową, ale zostawić ją luźno, aby nadmiar płynu mógł odparować i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (u mnie termoobieg, ale nie jest on konieczny) i piec około 30 – 40 minut do miękkości – widelec wbity w dynię powinien wchodzić jak w miękkie masło. Miąższ po upieczeniu nabiera intensywniejszego koloru (można to zobaczyć na zdjęciu - po lewej stronie przed upieczeniem, po prawej po upieczeniu). 
Zostawić dynię do wystygnięcia, a następnie za pomocą łyżki oddzielić miąższ od skórki. Dynię zmiksować (ja wykorzystałam blender Triblade Kenwood), ewentualnie przetrzeć dodatkowo przez sito. Gotowe puree włożyć do pudełek i zamrozić. Można włożyć do słoiczków i poddać tyndalizacji, ale to zabiera więcej czasu (więcej na ten temat we wstępie). 


niedziela, 20 października 2013

Cynamonowy odrywaniec czyli popularny chlebek cynamonowy

Chlebków cynamonowych w internecie cała masa. I w zasadzie wszędzie podobny przepis. Ale trudno się dziwić, wszak to drożdżowe ciasto, więc pewne zasady trzeba zachować. Ja pierwszy raz cynamonowego odrywańca piekłam jakieś 10 lat temu, przepis dostałam od koleżanki z pracy, ale nie przepisałam go do zeszytu i przepis wcięło. Więc pokombinowałam i zrobiłam odrywańca na bazie bułeczek z budyniem. Wyszedł pyszny, mięciutki, dobrze wyrośnięty. Zachęcam do spróbowania, bo nie jest trudny, a w jesienny albo zimowy wieczór będzie fajnym dodatkiem do kubka kakao.


Składniki na keksówkę 25 x 12 cm (mierzone na górze foremki)

350 g mąki pszennej (używam do drożdżowych ciast luksusowej typ 550)
20 g świeżych drożdży
3 łyżki cukru
2 łyżeczki cukru waniliowego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (można pominąć)
50 g masła
160 ml ciepłego mleka
1 łyżeczka jogurtu naturalnego
1 duże jajko
1 żółtko
szczypta soli

Nadzienie:
50 g masła
½ szklanki cukru trzcinowego albo zwykłego
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka przyprawy do jabłecznika (u mnie Kotanyi)*

*można dać 2 łyżeczki cynamonu



Z drożdży, 1 łyżki cukru, 1 łyżeczki jogurtu naturalnego i 2 łyżek mleka przygotować zaczyn i odstawić na kilkanaście minut, aby ruszył i podrósł. Masło roztopić i zostawić do przestygnięcia.
Mąkę przesiać do miski, dodać sól, resztę cukru, cukier waniliowy, ekstrakt z wanilii, jajko i żółtko, pozostałe letnie mleko, wyrośnięty zaczyn i wyrobić ciasto (ja to robiłam w robocie przez około 6  minut). Pod koniec dodać roztopione masło i jeszcze chwilę wyrabiać, aż ciasto wchłonie tłuszcz i stanie się matowe. Jeśli ciasto jest mocno lepiące można dodać jeszcze trochę mąki (niestety mąka mące nierówna). Z ciasta uformować kulę, przełożyć do miski posmarowanej olejem, przykryć ściereczką i odstawić na 60 minut w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić swoją objętość).
W międzyczasie w rondelku rozpuścić masło, dodać cukier, cynamon, przyprawę i wymieszać, aby składniki się dobrze połączyły (zrobić to krótko przed końcem wyrastania ciasta).
Wyrośnięte ciasto przełożyć na stolnicę albo blat oprószony mąką, rozciągnąć delikatnie na placek i rozwałkować na prostokąt (mój miał 45 x 30 cm). Rozwałkowane ciasto posmarować masłem z cukrem i cynamonem, a następnie pokroić na 6 równych pasków (wzdłuż krótszego boku). Następnie paski ułożyć jeden na drugim i ponownie przekroić na 6 kawałków.
Blaszkę posmarować masłem i posypać mąką albo wyłożyć papierem do pieczenia. Układać kawałki ciasta pionowo w blaszce. Zostawić do wyrośnięcia na 30 minut.
Piekarnik nagrzać do 180 stopni (góra – dół), wstawić ciasto i piec 40 – 45 minut do uzyskania intensywnie brązowego koloru. Jeśli ciasto ma pozostać jaśniejsze to na pierwsze 25 minut można je przykryć luźno papierem do pieczenia, pamiętając o tym, że ciasto drożdżowe rośnie i potrzebuje przestrzeni.
Wyciągnąć z piekarnika i zostawić do lekkiego przestudzenia. Najsmaczniejsze jest lekko ciepłe, ale na drugi dzień też daje radę. Ja do odświeżania drożdżowego ciasta wykorzystuję mikrofalę – kilkanaście sekund i ciasto smakuje jak wyciągnięte prosto z piekarnika. 



sobota, 19 października 2013

Sok dyniowo – jabłkowo – marchewkowy

Dynia to bardzo zdrowe i wdzięczne warzywo, można  z niej zrobić wiele pysznych potraw, nie tylko zupy, ale również risotto, placuszki, kluski,  gulasze, soki. Warto ją wykorzystywać szczególnie w październiku i listopadzie, kiedy jest jej najwięcej i jest najsmaczniejsza. Oczywiście nadaje się również do zamrożenia w formie pure czy po prostu w kawałkach.  Przechowywać ją można przez długie miesiące, ale w chłodnym miejscu.
Dynia zawiera sporo cennych składników, jest doskonałym źródłem potasu, żelaza, fosforu, selenu, kwasu foliowego, zawiera witaminy B1, B2, PP, E, C i karotenoidy (im bardziej pomarańczowa, tym ich więcej).  Warto się z nią zaprzyjaźnić również ze względu na doskonałe działanie na cerę, gdyż zawiera sporo cynku, a przy tym jest niskokaloryczna (100 g to ok. 30 kcal) i zawiera sporo błonnika.
Ten sok to wspomnienie mojego dzieciństwa. Uwielbiałam bobofruty z dodatkiem dyni i choć wcale nie były łatwo dostępne, to jakimś cudem w naszej lodówce zawsze były. Mam mówi, że wyciągałam najpierw te z dynią, a dopiero potem inne.
Do dziś uwielbiam dynię i to chyba pod każdą postacią. A sok należy do moich ulubionych i w sezonie dyniowym robię go bardzo często.
Najsmaczniejszy wychodzi, gdy przygotuje się go z warzyw i owoców w równych proporcjach. Próbowałam różnych proporcji, dodając albo więcej dyni albo jabłka, ale to już nie był ten smak.
Z 1,5 kg wychodzi mi około 1 litr soku – raz mniej, raz więcej – w zależności od tego jak soczyste są warzywa i owoce. Do wyciskania soku wykorzystuję przystawkę do robota, daje kapitalny, gęsty, przecierowy sok i zostawia suche wióry -można je wykorzystać np. do ciasteczek owsiano – warzywnych, ale ja przeważnie po prostu wyrzucam, bo ileż można piec ciasteczka. 


Składniki na około 1 l soku:

½ kg marchwi
½ kg jabłek
½ kg dyni (waga po obraniu)


Jabłka, marchew i dynię dokładnie umyć gorącą wodą i osuszyć. Z dyni usunąć skórkę, a marchewkę i jabłka można pozostawić bez obierania jeśli mamy pewność, że nie były pryskane.
Z pomocą sokowirówki wycisnąć sok. I gotowe.
Tak przygotowany sok jest wystarczająco słodki, a czasem nawet za słodki, wtedy rozcieńczam go przegotowaną wodą. Sok można przechowywać w lodówce przez dwa dni (najlepiej w szklanej zakręcanej butelce).


wtorek, 15 października 2013

Restauracja „La Mancha” w Toruniu

W ramach akcji Blogerzy Smakują organizowanej przez portal Uroda i Zdrowie mieliśmy okazję odwiedzić restaurację La Mancha, która mieści się w piwnicy jednej z kamienic, na pięknej toruńskiej starówce. Restauracja serwuje dania kuchni hiszpańskiej i marokańskiej, a jej niewątpliwym atutem jest to, że gotuje w niej przesympatyczny kucharz pochodzący z Maroka Yassinowi Outtaleb. 


Idąc do restauracji zakładaliśmy, że spędzimy w niej około godziny... a spędziliśmy prawie dwie. A wszystko dlatego, że dania są przygotowywane na bieżąco, ale o tym za chwilę. 




Gdy przyszliśmy (godz. 14.00) w restauracji nie było zbyt wielu osób, dzięki czemu mogłam pstryknąć kilka fotek. Miejsce jest przytulne i klimatyczne, zdecydowanie w moim guście.
Od razu po wybraniu stolika i rozgoszczeniu się otrzymaliśmy menu i kartę win i bardzo sympatyczna, ale i rzeczowa pani kelnerka zaproponowała coś do picia. Rzadko pijamy do posiłków, ale tym razem się skusiliśmy – ja wybrałam lampkę czerwonego wytrawnego wina (19 zł), a Zielonooki sok ze świeżych pomarańczy (12 zł)


Poprosiliśmy też o przystawkę – wybraliśmy zestaw tapas (15 zł), w skład którego wchodziły kanapki z ogórkiem i chorizo, oliwki, suszone owoce, plastry jamon (szynka hiszpańska) i kawałki kiszonej cytryny. Całość była ładnie podana, świeżo przygotowana i smaczna. Kiszone cytryny nieco zaskakują smakiem – trudno go do czegoś porównać. 


Oboje zdecydowaliśmy się na zupy i dania marokańskie, bo tę kuchnię znamy dosyć słabo. Ja wybrałam marokańską zupę z kurczaka i warzyw (10 zł), a Zielonooki pikantną zupę z pieczonych pomidorów (10 zł). Obie zupy były bardzo smaczne, dobrze doprawione, a zupa z pomidorów rzeczywiście była bardzo pikantna. Nie było się do czego przyczepić. 



Kolejnym daniem, które spróbowaliśmy było tagine z kurczakiem i warzywami (35 zł). Było przygotowane na świeżo, warzywa nie były rozciapane, a kurczak pachnący i mięciutki. Jednak oboje zgodnie stwierdziliśmy, że danie mogłoby być trochę intensywniej przyprawione, bo zabrakło w nim wiodącej nuty. 


Kuskus z kurczakiem i warzywami (35 zł) był ciekawszy, bardziej aromatyczny i w sumie chyba smaczniejszy niż tagine. Nie wiem dlaczego, ale kuchnia marokańska zawsze kojarzyła mi się z mocniej doprawionymi daniami. Te, które jedliśmy były trochę za łagodne, choć smaczne. 


Obiad zakończyliśmy filiżanką kawy po marokańsku, bo na deser już niestety siły nie wystarczyło, a szkoda, bo miałam wielką ochotę na krem po katalońsku – może innym razem.
Kawa jest parzona w tradycyjny sposób, cudownie pachnie przyprawami, jest mocna i bardzo aromatyczna, idealna na zwieńczenie pysznego obiadu. 


Spędzony w restauracji czas pozwala mi na subiektywną ocenę jedzenia i obsługi. Pani kelnerka, oprócz tego, że była miła, życzliwa i uśmiechnięta posiadała również wiedzę na temat serwowanych w restauracji dań, potrafiła odpowiedzieć na każde pytanie, a także zachęcić do spróbowania dania, którego pierwotnie próbować nie zamierzałam. Od razu po podaniu kart zapytała o to, czy mamy ochotę na coś do picia i dała nam czas na zapoznanie się z kartą i dokonanie wyboru - jednym słowem pełen profesjonalizm.
Dania, których próbowaliśmy były przygotowywane na świeżo, więc czas oczekiwania nieco się wydłużył, ale zostaliśmy o tym uprzedzeni i świadomie się na to zgodziliśmy, a dzięki temu otrzymaliśmy świeże i smaczne potrawy.
Podsumowując, mogę napisać, że wizyta w restauracji okazała się udana, a my wyszliśmy syci i zadowoleni. Może kiedyś uda nam się wrócić i spróbować deseru, na który miałam ochotę, ale po sycącym obiedzie nie mieliśmy już na niego siły. 


La Mancha
ul. Mostowa 19
87-100 Toruń

+48 664 038 171
+48 604 301 765
e-mail: restauracja@mancha.pl




poniedziałek, 14 października 2013

Brownie

Przepis na to czekoladowe ciacho dostałam od Pani Agnieszki, z którą współpracuję już od kilku lat (dzięki niej pojawiają się na blogu niektóre konkursy i testy produktów itp.). Pani Agnieszka przywiozła recepturę z Prowansji, gdzie pracowała w czasach studenckich. Bardzo się cieszę, że podzieliła się ze mną tym przepisem, bo Zielonooki lubi wszystko co czekoladowe.
Ciasto wychodzi wilgotne, z założenia ma wyglądać jak zakalec, choć jak widać na załączonych obrazkach ja taka „zdolna” jestem, że nawet porządnego zakalca zrobić nie potrafię ;-)
Zielonooki się tylko zapytał po jakiego grzyba piec zakalec? Ale skoro smakuje to niechaj będzie i zakalec. Przepis jest na małą blaszkę - ja wykorzystałam silikonową foremkę 20 x 20 cm, ale można użyć małej keksówki.


Składniki na 6 – 9 małych porcji:

125 g dobrej gorzkiej czekolady z dużą zawartością kakao – minimum 50 %, a najlepiej około 70 %
125 g cukru trzcinowego (może być biały)
125 g masła
2 łyżki mąki pszennej (dałam tortową)
2 jajka (osobno białka i żółtka)
½ łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki mleka (dałam 2%)
3 łyżki koniaku (w oryginale ½ kieliszka białego rumu – nie miałam, więc dałam koniak)

cukier puder do oprószenia ciasta


W rondelku rozpuścić czekoladę (na małym gazie albo w kąpieli wodnej). Dodać mleko, masło, cukier. Zagotować cały czas mieszając – cukier powinien się całkowicie rozpuścić. Dodać przesianą mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Zestawić rondelek z ognia.
Białka ubić na sztywną pianę (można dodać szczyptę soli). Do masy czekoladowej (może być ciepła) dodać żółtka i alkohol, wymieszać. A następnie delikatnie połączyć z pianą z białek.
Przelać do małej foremki (u mnie 20 x 20 cm), posmarowanej masłem i posypanej mąką, wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (góra – dół) i piec 30 minut (ja piekłam nieco za długo i za mocno je wysuszyłam). 
Ostudzić i oprószyć cukrem pudrem.
Ciasto nie rośnie mocno, jest chrupiące na zewnątrz i wilgotne w środku – lekko zakalcowate, ale takie ma być. 




piątek, 11 października 2013

Ciasteczka owsiane ze słonecznikiem

Gdy odwiedziła mnie Słodka Babeczka to przywiozła ze sobą pudełko bardzo pysznych ciastek ze słonecznikiem, które jakoś dziwnie szybko zniknęły z puszki. Przymierzałam się do nich już od jakiegoś czasu, ale jakoś tak mi było z nimi nie po drodze. Korzystając z wolnego dnia postanowiłam je przygotować. Nieco zmodyfikowałam składniki, dałam cukier trzcinowy i zmniejszyłam nieco jego ilość. Dodałam też trochę mąki pełnoziarnistej.
Następnym razem pokombinuję z żurawiną i orzechami. Ciastka są bardzo sycące i mogą stanowić całkiem fajne drugie śniadanie, bo już dwie sztuki wystarczą, aby się nasycić.  Moje ciasteczka nie są tak ładne jak Asi, ale są równie smaczne.
Przepis pochodzi z forum Gazety.pl , a jego autorem jest Giezik.
 

Składniki na około 40 sztuk:

250 g miękkiego masła
¾ szklanki mąki pszennej tortowej - ja dałam orkiszową typ 700
½ szklanki mąki pełnoziarnistej (użyłam mąki pełnoziarnistej  3 zboża)
1 szklanka płatków owsianych (u mnie górskie)
1 szklanka ziaren słonecznika
½ szklanki cukru (u mnie trzcinowy -  w oryginale 1 szklanka cukru)
1 łyżka cukru waniliowego (dałam cukier z prawdziwą wanilią Kotanyi)
1 pełna łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli


Słonecznik uprażyć na suchej patelni – powinien mieć złoty kolor. Mąkę przesiać, wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą. Masło utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą masę. Dodać mąkę, płatki owsiane i słonecznik. Zagnieść ciasto – będzie dosyć lepiące, ale takie ma być. Zawinąć w folię spożywczą i włożyć na 30 minut do lodówki. Ze schłodzonego ciasta formować kulki wielkości małego orzecha włoskiego i układać je na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia - w sporych odstępach od siebie. Można je lekko spłaszczyć, ale wg mnie nie jest to koniecznie, bo ciastka i tak po upieczeniu wychodzą płaskie. Piec przez 15 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni do uzyskania złotego koloru (u mnie termoobieg). Ciastka po upieczeniu są miękkie, więc zostawić je na blaszce do wystygnięcia. Przełożyć do blaszanej puszki.

czwartek, 10 października 2013

Kluseczki dyniowo – ziemniaczane z masłem rozmarynowym

Jesienną porą dynia jest stałym bywalcem w mojej kuchni. Lubię ją chyba pod każdą postacią. Ostatnio sok dyniowo – jabłkowy, kremy z dyni, risotto, placuszki robię bardzo często. Tym razem proponuję kluseczki dyniowo - ziemniaczane (same dyniowe będą niebawem).
Takie kluseczki mogą być dodatkiem do sosu, ale równie dobrze mogą stanowić samodzielne danie, np. z dodatkiem masła rozmarynowego albo cynamonu.
Pomysł na przygotowanie klusek w kształcie gwiazdek podpatrzyłam w programie, który jakiś czas temu prowadziła Smaczna Pyza (Iza, dziękuję – pomysł super). 


Składniki na 4 duże albo 6 mniejszych porcji:

500 g ziemniaków (waga po obraniu)
700 g dyni (waga po obraniu)
1 duże jajko
1 szklanka* mąki pszennej poznańskiej + ewentualnie mąka do podsypywania
½ łyżeczki soli
½ łyżeczki pieprzu
½ łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej

Dodatkowo:
40 g masła
2 małe gałązki rozmarynu

*używam szklanki o pojemności 250 ml



Do rondelka włożyć masło i gałązki rozmarynu, podgrzać i odstawić – masło nabierze rozmarynowego aromatu – przed podaniem zostanie podgrzane ponownie.

Ziemniaki obrać, ugotować w osolonej wodzie. Dynię obrać, pokroić na kawałki, ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni i piec około 25- 30 minut (dynia powinna być miękka). Gdy ziemniaki i dynia ostygną przepuścić je przez praskę albo maszynkę do mielenia (ja wykorzystałam przecierak do robota Kenwood).
Do zimnej masy dodać jajko, szklankę mąki, przyprawy i szybko wyrobić ciasto. Jeśli będzie lepiące (niestety ziemniaki i dynie bywają różne) można podsypać jeszcze mąką, ale nie za dużo, aby kluski nie były twarde. Gotowe ciasto rozwałkować albo rozciągnąć na grubość około 1 cm i foremką do ciastek wykrawać kluseczki – ja wykorzystałam gwiazdkę, ale może być każda inna foremka. Kluski można też przygotować jak klasyczne kopyta i pokroić je po skosie w romby.
W dużym garnku zagotować wodę z 1 łyżeczką soli. Na wrzątek wrzucać kluseczki (nie wszystkie naraz, najlepiej w dwóch albo trzech turach), zamieszać i gotować na wolnym ogniu 2 minuty od chwili wypłynięcia na górę. W międzyczasie ponownie podgrzać masło z rozmarynem.
Wyłożyć na talerze i polać roztopionym masłem. 
Jeśli nie podajemy klusek od razu to tuż po ugotowaniu warto je wrzucić na chwilę do bardzo zimnej wody, aby zapobiec późniejszemu sklejaniu.

środa, 9 października 2013

Nalewka malinowa

Kolejna nalewka przygotowana w tym roku... prosta, zwyczajna malinówka. Niezbyt mocna, niezbyt słodka, czyli taka jaką lubię. Co prawda pijam alkohol niezwykle rzadko i nalewki stoją u nas po kilka lat, to jednak raz na jakiś czas kieliszeczek nalewki w zimowy wieczór się przydaje. 
To już ostatni moment, aby zrobić malinówkę... dziś u nas na targu maliny były po 10 zł /kg, więc zdecydowanie warto.  


Składniki: 

1,5 kg malin
700 – 900 g cukru
1,5 l wódki
200 ml spirytusu 95%

Maliny przebrać, ale nie płukać (najlepiej, gdy są ze sprawdzonego źródła). Wsypać do słoja, przesypując je warstwami cukru. Słoik zakręcić. Zostawić na 2 - 3 dni w słonecznym miejscu, aby puściły sok. Co jakiś czas potrząsnąć słoikiem. Wlać wódkę i spirytus. Zostawić na 4 tygodnie w zacienionym miejscu (u mnie w kuchni pod kaloryferem). Nalewkę zlać, odstawić na 2 tygodnie, a następnie przefiltrować (ja to robię wykorzystując filtr do kawy) i rozlać do butelek. Odstawić w ciemne miejsce. Im dłużej stoi tym lepsza.



Malin, które zostają po zlaniu nalewki nie wyrzucam. Są niezwykle jędrne i wbrew pozorom wcale nie rozciapane. Wkładam je do słoiczków, przesypuję warstwami cukru i pasteryzuję 15 minut od chwili zagotowania wody. Są świetnym dodatkiem do lodów, deserów, budyniu itp. 




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...